Film o władcach współczesnego świata-

Film o władcach współczesnego świata-

Kategoria: Film

Autor: Marcin Pigulak

Data publikacji: 2013-10-28

A a

Kim jest Julian Assange wspominać nie trzeba. Prawdopodobnie tylko osoby mocno pogniewane na współczesne media i świadomie unikające dostępu do informacji nie kojarzą nazwy WikiLeaks lub chociażby charakterystycznego image’u białowłosego Australijczyka. Hipnotyzującej mocy słowa „przecieki” nie oparła się wówczas prasa, radio, telewizja, Internet czy szeroko pojęta literatura. Obecnie przyszła kolej na kino, po raz kolejny wchodzące w buty komentatora najnowszych wydarzeń. 25 października na ekrany polskich kin weszła „Piąta władza”.

Wydaje się, że twórcy posiadali do dyspozycji szereg elementów, które już na samym wstępie mogły zwiastować powstanie atrakcyjnej bazy fabularnej: wyrazisty, ale niejednoznaczny bohater, droga jednostki na karty historii najnowszej, idea przełamywania dogłębnie skrywanych przed społeczeństwem tajemnic, ciemna strona wielkiej polityki… Krótko mówiąc, potencjał snucia opowieści z pogranicza dziennikarskiego dreszczowca i dramatu biograficznego był aż nadto widoczny. Niestety – był, gdyż ostateczny efekt okazuje się jeśli nie rozczarowujący, to co najwyżej letni w odbiorze. Po raz kolejny magia kina nie przerosła rzeczywistości.

Zasadniczy trzon prowadzonej akcji stanowi rozwój relacji pomiędzy dwoma głównymi bohaterami „Piątej władzy” – wspomnianym Julianem Assangem (Benedict Cumberbatch) oraz Danielem Domscheit-Bergiem (Daniel Brühl), swego czasu jednym z najważniejszych działaczy WikiLeaks. Począwszy od spotkania na berlińskim zlocie hakerów, aż do krytycznych dni związanych z publikacją tajnych raportów wojennych z Afganistanu, wzajemny stosunek na linii Assange-Berg zaczyna się przekształcać od układu mentor-wyznawca do konfliktu dwóch nieprzystawalnych moralnie systemów. Ostatecznie wątpliwości co do oceny obu postaw dadzą się zamknąć w pytaniach umieszczonych na plakatach promujących film: bohater? zdrajca?

Takie ujęcie zagadnienia mogłoby rzeczywiście angażować widza, gdyby nie fakt, że z opowiedzianych w ten sposób wydarzeń wychodzi na wierzch cena opierania się przy konstruowaniu scenariusza na książce autorstwa samego Daniela Berga. Rzadko kiedy pisze się o samym sobie w pełni szczerze i konsekwencje przeniesienia na ekran takiej tendencji są aż nadto widoczne. O ile filmowy Assange pretenduje do miana jednostki złożonej z przeciwieństw (ze wszystkimi wadami i zaletami skonstruowanej w ten sposób postaci), o tyle Niemiec ze swoim czystym i w gruncie rzeczy bezinteresownym idealizmem jest zwyczajnie mało porywający, żeby nie powiedzieć – nudny… ale jednocześnie pozytywny. Assange przejawia naturę manipulatora, w krytycznych momentach wręcz moralność szalonego naukowca. Berg nawet jeśli popełnia błędy, to stoi za nim większa odpowiedzialność i poczucie stawki, o którą toczy się gra. Podczas gdy cierpienia założyciela Wikileaks mają posmak teatralnej autokreacji, Daniel w kluczowych chwilach akcji ociera się dzięki podejmowanym wyborom o postawę heroiczną.

Nie znaczy to, że Daniel Brühl źle wypełnił powierzone zadanie. Zawarte w filmie aktorstwo odznacza się w ogólnym rozrachunku zadowalającym poziomem, choć w większości przypadków wyraźnie ograniczanym niedostateczną głębią scenariusza. W ostateczności jednak to mimo wszystko charyzma Benedicta Cumberbatcha nie pozwala widzowi nudzić się na seansie, a po jego zakończeniu umożliwia wspominanie co bardziej interesujących scen. Assange to punkt centralny „Piątej władzy”, człowiek-zagadka, oscylujący pomiędzy szeregiem skrajności i niedopowiedzeń. Ile w nim wrodzonej pewności siebie tyle zapewniania samego siebie o niej, ile autentyczności tyle mitomaństwa.

Niestety w tworzeniu satysfakcjonującego obrazu nie pomaga warstwa dialogowa. Obraz Billa Condona jest aż nadto przegadany, właściwie naszpikowany dialogami. Z drugiej strony nie ma co liczyć na twórcze uzupełnianie gadaniny bohaterów przez warstwę wizualną. Nieprzypadkowo zresztą dopiero w tym miejscu pada nazwisko reżysera, twórcy obdarzonego zarówno Oscarem, jak i Złotą Maliną. „Piąta władza” nie należy do filmów ułomnych wizualnie – to po prostu podręcznikowo zrealizowany tytuł rodem z Fabryki Snów. Forma w niczym nie odbiega od stylistyki, z którą widz miał już okazję zapoznawać się wcześniej przy okazji seansów thrillerów dziennikarskich lub produkcji z mediami cyfrowymi w tle. W wyraźnej dbałości o zrozumienie technicznych niuansów działania sieci WikiLeaks twórcy posuwają się do metafor na tyle czytelnych, że w gruncie rzeczy banalnych.

O ile „Piąta władza” stara się prezentować Assange’a w sposób możliwie najbardziej złożony, o tyle nie ma tego problemu wobec zagadnień natury politycznej, szczególnie w kontekście administracji amerykańskiej. Nie trzeba być ekspertem od spraw międzynarodowych, aby odczuć w trakcie seansu, jaka waluta składała się na wypłatę ekipy „Piątej władzy”. Owszem, korporacje są złe, polityka jest brudna, na wojnie morduje się cywilów, a rządy okłamują społeczeństwa – jednak w ostateczności naprawdę mroczne typy spod ciemnej gwiazdy straszą gdzieś na obszarze Trzeciego Świata, w Kenii prezydenta KibakiegobądźLibii pod rządami klanu Kadaffich. Metody działania Amerykanów potrafią być makiawelistyczne, ale nie oszukujmy się – mówimy o cywilizowanym świecie wykształconych, pozytywnych ludzi, posiadających odpowiednie poczucie humoru i potrafiących z oddaniem zadbać o swoich informatorów, zagrożonych przez niejednoznaczną moralność Assange’a.

Mimo wszystko twórcy „Piątej władzy” mają świadomość, że tam, gdzie słowa „prawda” i „manipulacja” odmieniane są przez wszystkie przypadki, trudno kreować fabułę o jednoznacznym wydźwięku. Stąd końcowe przesłanie, skierowane właściwie wprost do widza, stanowi prawdopodobnie najcenniejszy fragment filmu. To, co się mówi, pisze czy kręci na temat WikiLeaks składa się zaledwie na jeden z wielu punktów widzenia na sprawę. Czuć w tym pewną dozę asekuracji, aczkolwiek w świecie „prawd objawionych” i „najprawdziwszych prawd” to wartościowy apel. Szkoda tylko, że trzeba go wyczekiwać ponad dwie godziny.

Nie wątpię w trwałe umiejscowienie sprawy WikiLeaks na kartach historii XXI wieku. Równocześnie z podobną dozą pewności mogę założyć, że najnowszy obraz Billa Condona stosunkowo szybko pokryje kurz niepamięci.

Głównie dla miłośników Benedicta Cumberbatcha.