Płonie Warszawa, płonie...

Płonie Warszawa, płonie...

Kategoria: Film

Autor: Monika Rudzik

Data publikacji: 2014-10-06

A a

25 milionów złotych budżetu, 8 lat pracy nad filmem, 5 tysięcy ton gruzu wwiezionego do stolicy, 3 tysiące statystów. To wszystko świadczy o ogromnym rozmachu produkcji. Oczywiście jak na polskie realia. Spodziewać by się można sprawnie zrobionego kina historycznego, na które ludzie masowo pójdą do kina. Widowiska, do którego przyzwyczaiła nas polska kinematografia. Bez zaskoczenia. Jednak jeszcze przed premierą film zaczął wzbudzać kontrowersje. Dlaczego?

Po pierwsze Jan Komasa nie koncentruje się na polityce. Nie próbuje stawiać pomnika bohaterom. Pokazuje problemy młodych ludzi na tle działań wojennych. Niektórzy z nich ryzykują własnym życiem w imię miłości do ojczyzny, inni tchórzą. Reżyser portretuje nie tylko walkę, ale też momenty, w których odreagowują zabawą. Udowadnia, że młodzieńcza miłość i typowa ludzka zazdrość też są możliwe. Nawet podczas wojny.

Drugą kwestią jest to, jak Komasa powstanie pokazał. Dużo pracy, podobnie jak przy poprzednim filmie, włożył w estetyczną stronę produkcji. W tym celu zatrudnił hollywoodzkiego specjalistę od efektów specjalnych, Richarda Baina, który ma na koncie takie produkcje jak "King Kong" czy "Incepcja". Rozmach scenografii i dynamiczny montaż sprawia, że film ogląda się jak amerykańskie produkcje albo teledysk. Reżyser wykorzystał środki zrozumiałe i akceptowane przez młodego widza wychowanego na grach komputerowych i MTV. Barwy są nasycone, momentami ruch jest spowolniony, a sceny zabijania są jednocześnie makabryczne i niezwykle estetyczne, co sprawia, że obraz staje się odrealniony. Nie jest nachalny w epatowaniu okrucieństwem wojny i ukazywaniu jej naturalistycznych obrazów. Takie postrzeganie świata staje się sposobem na odreagowanie, a film tym samym dystansuje się od samej wojny,

Na uwagę zasługuje nie tylko warstwa wizualna, ale też dźwiękowa. Ciekawym zabiegiem jest wplecenie do ścieżki dźwiękowej utworów współczesnych powstańcom, polskich klasyków muzyki popularnej, jak i muzyki współczesnej. Film otwiera przebój dwudziestolecia międzywojennego "Nie płacz kiedy odjadę" Marino Marini, podczas strzelaniny na cmentarzu słychać "Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena, a muzycznym tłem dla sceny erotycznej jest dubstepowy utwór Skrillexa. Jednak w każdym momencie muzyka buduje nastrój i podkreśla to, co twórcy chcą przekazać obrazem. Trudno czasem orzec czy dana scena odbywa się w rytmie danego utworu czy to utwór podkreśla dynamikę sceny.

Ostatnim elementem, na który chciałam zwrócić uwagę jest dobór aktorów. Mimo, że o role walczyło ich aż 7 tysięcy, to Komasa zdecydował się na świeże, nie znane jeszcze z żadnej głównej roli twarze. Na nazwiska, o których dopiero zacznie się mówić. Sprawia to, że widz bardziej koncentruje się na postaci, niż na osobie aktora. Dzięki temu łatwiej jest się zidentyfikować i przeżywać wraz z bohaterami ich dramaty. Komasa dał młodym aktorom szansę zaistnienia, ale czy Zofia Wichłacz czy Józef Pawłowski powtórzą sukces Jakuba Gierszała z "Sali samobójców"? Zobaczymy.

Nie należy tego filmu traktować jako lekkostrawnej lekcji historii. Nie znajdziemy tu wielkich nazwisk znanych z podręczników. Komasa pokazuje jednostkową historię osób, które zrządzeniem losu spotkały się w danym miejscu i czasie. Na pewno jednak warto sięgnąć po tę produkcję. Choćby po to, żeby wyrobić sobie własne zdanie.