W imię... najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej

W imię... najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej

Kategoria: Film

Autor: Maria Górska

Data publikacji: 2013-09-29

A a

Ksiądz Adam (Andrzej Chyra) to postać o wielkim sercu, wielkich pragnieniach i marzeniach, topionych w chmurze samotności. Imię Adam z hebrajskiego oznacza po prostu człowieka, i w takim kontekście chciałabym spojrzeć na film Szumowskiej pt. „W Imię...”. Wydaje się, ze nie jest to przypadkowa symbolika. Główna rola kobieca, to Ewa (Maja Ostaszewska) - kobieta. Takich Ew, trochę pogubionych, trochę pogniewanych na siebie i na świat, znaleźć można w każdej parafii wiele, a poza parafią jeszcze więcej. Jest jeszcze Szczepan (Mateusz Kościukiewicz) – ostatni z trójkąta pierwszoplanowych osób, naiwny i prosto dobry, wzbudzający uczucia opiekuńcze. Postać niepokojąco androgyniczna, z długimi włosami i „chrystusową twarzą”(zabieg celowy???), z wrażliwością i delikatną aurą bezradności. Czy prawdą jest, że większość widzów znalazła się w sali kinowej, bo zaciekawiła ich możliwość zaglądnięcia „księdzu pod sutannę”, nie wiem. Dla mnie film ten to historia każdego z nas.

Ksiądz Adam ma na drzwiach swojej sypialni trzy wieszaki. Na jednym jest bluza do joggingu, na drugim sutanna symbolizujące dwa uzupełniające się oblicza głównego bohatera, który mówi, że „bieg to róznież modlitwa”. Bardzo to ładnie i przekonująco brzmi. A jednak okazuje się, że bieg może być również ucieczką od odpowiedzialności, od siebie, biegiem ku czemuś, biegiem – decyzją na zrealizowanie pragnienia, które pociąga za sobą szokujące konsekwencje (jak pokazuje bardzo tendencyjny i moim zdaniem przerysowany, koniec filmu).  Trzeci wieszak pozostaje pusty. W gruncie rzeczy, po zdjęciu sutanny i sportowego ubrania, ksiądz Adam jest po prostu człowiekiem  próbującym dostosować się do otaczającej go rzeczywistości na swój ludzki sposób. Można powiedzieć, że największym cierpieniem głównego bohatera, jest samotność, pragnienie bliskości drugiego człowieka. Jak sam to określił w rozmowie z siostrą: „chciałem się po prostu przytulić”. To jest całkowicie zrozumiałe. Wszyscy chcemy się czasem przytulić, przytulanie jest zdrowe, jest dobre. Słowa wyrwane z kontekstu brzmią tak niewinnie. Słowa niedopowiedziane do końca, podane w przepięknej ramie zdjęciowej, w malowniczych ujęciach i vermerowskim światłem, słowa inteligentnie splecione w sposób wydający się całkowicie konsekwentnym, a jednak nie przedstawiające do końca życiowej prawdy – są zdradliwą, słodką trucizną. To jest mój pogląd na ten film i bardzo proszę, można się oburzać. Uważam, że półprawdy są gorsze do całkowitych kłamstw – ponieważ człowiekowi łatwo w nie uwieżyć i zaufać. Ja nie ufam postaci Adama. Jest dla mnie niekonsekwentny w swoim postępowaniu. Głosi kazania pełne wiary, która topi się jak lód na wiosnę, w momencie pojawienia się problemu, zastąpiona przez alkohol. Pokazuje chęć pomocy młodym ludziom i milczy kiedy jego podopieczny najbardziej tej pomocy potrzebuje. Nie ufam też Szczepanowi, który przedstawiany jest jak prosty chłopak o dobrym sercu i wielkiej naiwności w połączeniu z niewielkim rozumem, a jednak w magiczny, sposób odnajdujący drogę do seminarium duchownego. Czy dzieję się tak dzięki jego orientacji seksualnej? Chciałoby się powiedzieć: „Na miłość boską!”. To chyba trochę za duże skróty myślowe i życiowe, nawet jak na filmową konwencję. A jednak film „W imię..” jest bardzo przekonujący. Tak skonstruowany, że wydaje się być prawdziwy. Po mistrzowsku przemyślany, ze świetną grą aktorską i umiejętnie skonstruowanymi planami. Przejmujący w ukazywaniu cierpienia. Pytanie tylko z jakiego powodu został nakręcony. W imię Adama, w imię Ewy, czy Szczepana? Na pewno nie w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Czy niekonsekwencja filmu może być usprawiedliwiona życiowymi niekonsekwencjami każdego z nas? Pusty, samotny wieszak pozostaje bez odpowiedzi. Warto obejrzeć, warto się zastanowić.