Wałęsa. Człowiek z nadziei-recenzja filmu

Wałęsa. Człowiek z nadziei-recenzja filmu

Kategoria: Film

Autor: Artur Bądkowski

Data publikacji: 2013-10-13

A a

  Dyskusja wokół filmu o Lechu Wałęsie zaczęła się już na etapie prezentacji zamiaru zrealizowania tego filmu przez Andrzeja Wajdę. Od samego początku był to film z wieloma podtekstami. Nie może to dziwić, skoro historia najnowsza rozpala emocje, a oprócz tego jest wykorzystywana w bieżącej polityce. Jedną z podstawowych kwestii był sposób, w jaki reżyser i scenarzysta pokażą w filmie uwikłanie przywódcy Solidarności w tajną współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Emocje budziły także konflikty w gronie przywódców NSZZ „Solidarność”, a szerzej sprawę ujmując w środowiskach opozycjonistów z okresu PRL. Lech Wałęsa był postacią rozpalającą emocje do czerwoności w związku z działalnością podczas strajku sierpniowego'80, wydarzeń roku '89 i późniejszej jego działalności już w latach '90. Przepraszam za ten przydługi wstęp, ale pamiętam cały czas, że tekst ten dotyczy filmu, a nie opracowania z zakresu historii najnowszej; politologii czy bieżącej polityki. Chodzi mi jedynie o zwrócenie uwagi na to, że pojawienie się tego filmu w kinach to nie tylko wydarzenie kulturalne czy z zakresu kinematografii. Sprawy nie ułatwia osoba reżysera, który ma ugruntowaną pozycję w kinie światowym jako laureat Oskara i kinie polskim jako współtwórca polskiej szkoły filmowej, którego filmy takie jak „Kanał”, „Człowiek z marmuru”, „Człowiek z żelaza” należą  do najważniejszych w historii polskiego kina. Głosu Andrzeja Wajdy nie można lekceważyć ze względu na tematykę jego filmów, dotykającą najważniejszych, najboleśniejszych wydarzeń historycznych XX w. w Polsce. Nie można też zapomnieć, że reżyser był w latach 90-tych czynnym politykiem, znającym osobiście decydentów i uczestnikiem  przemian po 89 roku. „Wałęsą człowiekiem z nadziei” zamknął trylogię po „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza”. Andrzej Wajda musiał się też odnieść do publikacji Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, w której omówili oni, powołując się na dokumenty wytworzone przez SB, dowody świadczące o jego zarejestrowaniu i działalności jako tajnego współpracownika w okresie 1970-1976. Wywołała ona ożywioną dyskusję. Autorzy posądzani byli o niszczenie legendy przywódcy związkowego, niekompetencję, dawanie wiary sfałszowanym dokumentom, działanie na zlecenie polityczne, a jest to z mojej strony najdelikatniejsze i skrajnie uproszczone omówienie burzy, którą w 2008 r. przyniosła ta publikacja.

  Mając to wszystko na uwadze wybrałem się na najnowszy film A. Wajdy do kina. Już sama lista instytucji i sponsorów powodowała, że czuło się mieszaninę znudzenia i poczucia, że twórcy filmu nie mieli problemów z jego sfinansowaniem.

  Osią fabuły jest wywiad Oriany Fallaci z Lechem Wałęsą przeprowadzony w marcu 1981 r. Podczas wielogodzinnej rozmowy, przywódca Solidarności cofał się do wydarzeń z grudnia 1970 na Wybrzeżu. Widzowie dowiadują się jak wyglądały losy elektryka ze Stoczni Gdańskiej w tamtym okresie. Jak doszło do jego zwerbowania, które było wymuszone presją chwili, obawą o nienarodzonego jeszcze wówczas pierworodnego syna i żony. W Komendzie Wojewódzkiej Milicji w Gdańsku uczestnicy strajku są bici i poddawani presji psychicznej. Lech Wałęsa ma alternatywę albo wyjście na wolność i możliwość opiekowania się żoną i nowo narodzonym synem, ale po podpisaniu zobowiązania, albo pozostanie w areszcie. Dla dramatycznych wydarzeń tłem są absurdy życia codziennego w PRL. Reżyser niejako mimochodem przedstawia relacje międzyludzkie, nastroje społeczne. Młoda rodzina Wałęsów musi radzić sobie z brakiem podstawowych produktów. Danuta Wałęsa jest zapobiegliwą matką i żoną, która musi radzić sobie z trudno wyobrażanymi dzisiaj trudnościami. Wszystko to ilustrowane jest sprawnie zmontowanymi i powiązanymi współczesnymi kadrami oraz archiwalnymi filmami z epoki.  Polska Ludowa jest przaśna i szara, ludzi pochłania codzienna walka o byt. Sąsiedzi sobie pomagają, ale są też tacy, którym nie można ufać. Dowiadujemy się w jakich okolicznościach Lech Wałęsa został wyrzucony z pracy w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, a później zatrudniony w ZREMB-ie. Na oczach widza staje się on przywódcą robotniczym, którego odwaga i zdecydowanie przysparza mu autorytetu. Gdy inni milczą, on potrafi publicznie mówić prawdę i stanąć w obronie wspólnego dobra, a nie jedynie partykularnego interesu własnego. W 1980 r. Lech Wałęsa jest więc już naturalnym przywódcą załogi Stoczni  gdańskiej mimo, że nie pracuje w niej. Kierowanie strajkiem, działalność na rzecz ogółu powodują, że troska o codzienny byt rodziny spoczywa w rękach Danuty Wałęsowej, która zdaje sobie sprawę jakie ryzyko podejmuje jej mąż.

  Mimo, że kanwą narracji jest wywiad z marca 1981 r. widzowie są świadkami wprowadzenia stanu wojennego. Internowanie Lecha Wałęsy przedstawione jest w scenie wręcz humorystycznej, gdy I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR Fiszbach i wojewoda przychodzą po charyzmatycznego przywódcę „Solidarności”. Na zasadzie kontrastu do zdecydowanego Wałęsy, który odgraża się milicjantom mówiąc im proroczo, że „jeszcze go będą prosić o robotę”, aparatczycy są zahukani, boją się roli jaka przypadła im w udziale. Internowanie wg filmu to czas izolacji i nudy. Pomysłowy robotnik robi sobie jednak z widelca antenę i słucha Wolnej Europy, ośmieszając podsłuchujących go funkcjonariuszy. Jest to jednak trudny czas dla Wałęsy, przeżywa on odrzucenie przez przeciętnych Polaków, którzy w nim upatrują głównego winowajcę wprowadzenia stanu wojennego. Przenikliwy przywódca jednak w rozmowie z włoską dziennikarką mówi, że zdaje sobie sprawę ze zmienności opinii ludzi. Zdaje sobie sprawę jak łatwo z uwielbianego można zostać znienawidzonym. Lech Wałęsa podczas internowania jest już dojrzałym przywódcą, który odmawia władzom stanięcia na czele marionetkowego, kontrolowanego przez komunistów związku zawodowego. Kontrastuje to oczywiście z jego postawą w grudniu ’70. Po zwolnieniu z internowania jest on już uwielbianym przywódcą, co potwierdza diagnozę. Tłum jest zmienny, a tylko charyzmatyczny przywódca z wizją, potrafi skanalizować jego działanie i nastroje. Co oczywiste, jest on osamotniony i obciążony odpowiedzialnością, którą udźwignąć może tylko osoba nieprzeciętna. Kolejne zaprezentowane wydarzenie także wybiega poza marzec 1981 r. czyli wywiad z O. Fallaci. Prosty robotnik z Gdańska otrzymuje w1983 r. pokojową nagrodę Nobla, której nie może odebrać osobiście obawiając się uniemożliwienia mu powrotu do kraju. Nagrodę odbiera D. Wałęsowa wraz z synem Bogdanem. Powrót z Oslo oznacza dla niej upokarzającą rewizję osobistą na lotnisku. Fabuła filmu zamknięta jest przedstawieniem wydarzeń 1989 r. – Okrągłego Stołu oraz triumfalnego przyjęcia Lecha Wałęsy w Kongresie USA.

  Już ta prezentacja fabuły pokazuje słabości fabularne filmu. Kanwą ma być wywiad, który się odbył w marcu 1981 r. a film zamykają wydarzenia z 1989 r. Jeśli „Wałęsa. Człowiek z nadziei” ma być zamknięciem trylogii po „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza”, to należy podkreślić, że w kontraście do poprzednich części film jest fabularnie niespójny i nieciekawy. W „Człowieku z marmuru” z 1976 r. mamy świetną Krystynę Jandę, która grając studentkę reżyserii odkrywa na przykładzie życiorysu przodownika pracy Mateusza Birkuta prawdę o polskim stalinizmie. Widz uczestniczy w tym osobiście. Przeżywa trudności bohaterki, ma poczucie, że sam odkrywa tę prawdę. Historia ta nie jest tanim, prostym, łopatologicznym pokazaniem czym był stalinizm. W „Człowieku z żelaza” mamy historię dziennikarza, który ma relacjonować wydarzenia z sierpnia 1980 w Stoczni Gdańskiej. Jest on uwikłany w niejasne relację z funkcjonariuszem SB, granym przez Andrzeja Seweryna. Ma on przedstawić strajk w sposób wygodny dla swoich zwierzchników, którzy z kolei realizują zamówienie władz. Widz jest świadkiem stopniowego uwalniania się bohatera więzów go wiążących. Jest on słaby, zastraszony, ale pod wpływem atmosfery strajku w stoczni, po tym jak poznał ludzi opozycji potrafił on się wybić ponad swoją małość i zwykły ludzki strach. Także tu fabuła wciąga. Zawsze mnie zastanawiało, że Wajda nakręcił film, o wydarzeniach tak nieodległych czasowo (film powstał w roku 1981), który się broni po latach. Reżyser uniknął prostych odpowiedzi, postawy ludzi są zniuansowane. W tych dwóch filmach widz dowiaduje się o konkretnych wydarzeniach niejako mimochodem. Na pierwszym planie są główni bohaterowie, którzy są zwykłymi ludźmi, którzy zderzają się z wielką historią. W przypadku ostatniego filmu A. Wajdy cała fabuła opiera się na życiorysie Lecha Wałęsy. Fabularnie to dla mnie pójście na skróty, które jednocześnie wiąże się z uproszczeniem historii 10-cio milionowego związku zawodowego do biografii jego przywódcy. Samemu Lechowi Wałęsie postać przedstawiona w filmie nie powinna się podobać. W wielkim skrócie to egocentryk i megaloman. Długo zastanawiałem się jakiego określenia użyć, ale nie jestem w stanie znaleźć w polszczyźnie innego określenia niż - prostak. Szczególnie jest to widoczne w scenach przedstawiających wywiad. Wajda przedstawia drogę lidera związkowego od zaradnego, cwanego, prostego, niewiele znaczącego robotnika do pozycji lidera związku zawodowego, który zachwiał posadami Polski Ludowej. Sam temat jest fascynujący – jednostka wobec wielkiej polityki, niedemokratycznego systemu, ruchów masowych, wyzwolenie się jej z krępujących ją ograniczeń. Wałęsa w grudniu 1970 r. dał się zastraszyć, by później dojrzeć i z odwagą, którą dysponowali nieliczni, podjąć walkę z systemem. Obiecałem sobie, że nie będę szczególnie podkreślał kwestii merytorycznych. Piszę w końcu o filmie, a nie o książce naukowej. Ale po prostu się nie da przejść do porządku dziennego nad kwestiami, które mają bezpośrednie przełożenie na fabułę. Trudno mi wyjaśnić inaczej niż jako tanie granie na uczuciach, pokazanie, że w grudniu 1970 r. Lech Wałęsa obawiał się o brzemienną żonę. Podczas gdy jego syn urodził się 2 miesiące wcześniej. Oczywiście nie zmienia to psychologicznej sytuacji poddanemu przesłuchaniu Wałęsie. Dziwi tylko taki chwyt w filmie biograficznym, który nie powinien zawierać błędów merytorycznych. Z absurdem fabularnym mamy do czynienia w scenie przedstawiającej zakończenie strajku 16 sierpnia 1980 r., gdy dyrekcja Stoczni Gdańskiej zgodziła się na postulaty załogi. Był to moment kluczowy dla strajku w sierpniu 1980 r. Siła strajku opierała się na porozumieniu załóg wielu zakładów pracy, które protestowały wspólnie ze Stocznią, która jako zatrudniająca najwięcej pracowników, miała kluczowe znaczenie dla Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Lech Wałęsa uzyskując zgodę na realizację postulatów ogłosił zakończenie strajku w Stoczni. Oznaczało to zerwanie „solidarnego” działania robotników z różnych zakładów po załatwieniu partykularnych interesów załogi największego zakładu. Moment ten był absolutnie kluczowym. Chodziło o to, czy stoczniowcy, a wśród nich Lech Wałęsa potrafili się wznieść się ponad swój własny interes, podjąć walkę o wspólną sprawę. Władze liczyły, że w ten sposób, realizując ekonomiczne, wcale nie najważniejsze postulaty, uspokoją sytuację i wyciszą strajki. O tym co się wówczas stało jako pierwsze uświadomiły sobie: Alina Pieńkowska, Anna Walentynowicz i Henryka Krzywonos. W filmie przedstawione to zostało w inny sposób. Triumfujący Wałęsa ogłasza, że postulaty zostały przyjęte przez dyrekcję i kończy strajk. Anna Walentynowicz i Alina Pieńkowska klaszczą za jego plecami. Strajk ratuje Henryka Krzywonos. Chwilę później te trzy kobiety, przypominam dwie z nich aprobowały przed chwilą zakończenie strajku, zatrzymują mężczyzn i zamykają bramy Stoczni. Z czego wynika takie przedstawienie tych wydarzeń w filmie A. Wajdy? Chciałbym, żeby to nie był wynik walki o pamięć strajku w Stoczni Gdańskiej, która miała miejsce na naszych oczach, który pojawił się w związku z bieżącą polityką – gdy podkreślano rolę Henryki Krzywonos w tych wydarzeniach kosztem Anny Walentynowicz. Wydaje mi się, że w taki  sposób przedstawiono te sceny, aby zadowolić obie strony sporu. Mamy tu podkreślenie roli H. Krzywonos, a jednocześnie niezrozumiałe przedstawienie roli Anny Walentynowicz. W tle jest oczywiście spór między Andrzejem Gwiazdą i Lechem Wałęsą, który był wykorzystywany w bieżącej polityce. Ta sytuacja pokazała, że filmowi nie wyszło to na dobre.

Osoby zainteresowane dyskusją w 2008 r. na temat książki S. Cenckiewicza i P. Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” z pewnością pamiętają jaka była temperatura sporu. Nie ma potrzeby przytaczania tego tutaj. Warto jednak odnotować, że A. Wajda życzliwie odnoszący się do bohatera swojego filmu, nie pozostawia jednak złudzeń i potwierdza główną tezę tej książki, starając się tak naświetlić okoliczności tego wydarzenia, żeby je wyjaśnić. Pamiętając, że Lech Wałęsa kilkakrotnie zmieniał zdanie w tej kwestii, ale w dyskusji nad książką szedł w zaparte podważając ustalenia historyków, należy zauważyć, że po pięciu latach nie oburzał się na to, że w filmie potwierdzono fakt jego zarejestrowania jako tajnego współpracownika. Tyle o historii w filmie.

  Chciałbym się odnieść do kwestii przedstawienia codzienności w PRL w filmie. Z jednej strony mamy do czynienia z absurdami, to chyba próba uniknięcia patosu przez scenarzystę Janusza Głowackiego, któremu przypisywałbym podkreślanie właśnie absurdów i podejście z dystansem. Chociaż trudno powiedzieć ile w tym Wajdy, a ile Głowackiego. Scenariusz ulegał podobno zmianom. Nie do końca ten lżejszy ton jednak jest przekonywujący. Uważam, że scena z funkcjonariuszką milicji, która własną piersią karmi dziecko zatrzymanego L. Wałęsy w kontraście do milicjantów, którzy oferują do przewinięcia niemowlęcia zakrwawiony po przesłuchaniu ręcznik jest bardzo prostacka. Scena ta w nachalny sposób ma chyba pokazać, że nie każdy noszący mundur w PRL był sadystą i że znajdowali się tam porządni ludzie, którzy podejmowali tę służbę z konieczności życiowych, jak wspomniana kobieta. To próba pokazania złożoności życia i wielu „odcieni szarości”. Przynosi to jednak chyba efekt dość groteskowy.

  Film, prezentując w ten sposób biografię Lecha Wałęsy, dla której tło stanowią wydarzenia  historyczne w Polsce od 1970 do 1989 r. pokazuje i utrwala obraz wielkiego ruchu jakim była „Solidarność” zredukowany do jego przywódcy.

  Film w ogromnym stopniu opiera się na umiejętnościach Roberta Więckiewicza, który wcielił się w rolę tytułowego bohatera. Aktor w moim przekonaniu wywiązał się z niej w sposób dobry. Podobnie oceniam Agnieszkę Grochowską w roli Danuty Wałęsowej, aczkolwiek nie miała ona takich możliwości kreacji. Ukazanie życia rodzinnego i ważnej ale niewdzięcznej i niedocenianej żony przywódcy służyło pokazaniu kosztów jego działalności dla jego najbliższych. Szczególnie źle wypadła Dorota Wellman, odtwórczyni Henryki Krzywonos. W tym przypadku umiejętności reżysera niewiele pomogły.

Dziwi także, że w filmie nie widać rozmachu. Środki jakimi dysponowała ekipa, co jest widoczne podczas wyświetlania instytucji i sponsorów, nie wiadomo gdzie się podziały. Momentami film robi wrażenie telewizyjnego.

Trudno ten film polecać nauczycielom, którzy chcieliby pokazać uczniom kawał historii najnowszej Polski, która jak wiadomo jest słabo znana. Zaburzenia chronologii, kiepska fabuła i czasem wręcz niezrozumiałe kadry wymagają wielu komentarzy. Sam słyszałem za plecami pytanie: a kto to? Gdy nagle pojawił się archiwalny film z pogrzebu Breżniewa. Przywódca ZSRR noszony na Placu Czerwonym pokazany bez większego uzasadnienia, jest dla młodego widza zagadką.

  Podsumowując, fascynująca historia przedstawiona została w sposób mało atrakcyjny. Jeśli rzeczywiście ma on być częścią trylogii po „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza” to bardzo nieudaną. Film utrwala obraz Lecha Wałęsy, który samodzielnie „wyjął pierwszą cegłę z Muru Berlińskiego” i redukuje do jednej postaci 10. milionowy ruch społeczny.