Dźwięki na całe życie - Pat Metheny Unity Group  w Poznaniu

Dźwięki na całe życie - Pat Metheny Unity Group w Poznaniu

Kategoria: Muzyka

Autor: Maria Górska

Data publikacji: 2014-06-03

A a

 

W naszych czasach o koncertach muzyki oscylującej na terenie jazzu, mamy ustalone opinie. Wiemy czego można się spodziewać, potrafimy przewidzieć skład zespołu, aranżacje, a nawet kierunek improwizacji, jeżeli jest ona motywiczna. To co usłyszałam wczoraj w Sali Ziemi na Poznańskich Targach wyrwało mnie z jakiegokolwiek przyzwyczajenia, zaśmiało się z moich opinii i przekreśliło moje dotychczasowe mniemanie o sobie, jako o muzyku, który, potocznie mówiąc zna i rozumie się na rzeczy.

Koncert trwał prawie trzy godziny, muzycy grali praktycznie bez przerwy. Sami artyści właściwie pozostawali niewidoczni dla słuchacza, który pozostawał całkowicie pochłonięty przez ogrom muzycznego bogactwa, mieniącego się tyloma cechami różnych stylów, że trudno byłoby określić co to właściwie było. Dla mnie było to muzyczne przeżycie, podejrzewam, że na innych słuchaczach występ pozostawił podobne wrażenia. W pierwszej części koncertu grupa zaprezentowała utwory ze swojej płyty Pat Metheny Unity Band. Już od pierwszych dźwięków widać było, że grają dla nas artyści najwyższej klasy. Całkowicie skoncentrowani na przekazie muzycznym i połączeni jakąś niesamowitą intuicją, która pozwalała im wykreować stabilną jedność w szalonej wielości dźwięków jakie wydobywały się z ich instrumentów. W drugiej części Pat Metheny do gry włączył niesamowity instrument – orchestron, rodzaj szafy grającej, która była bezpośrednio podłączona pod jego gitarę. Odkryte zostały dwie „szafy”, na których zapalały się światełka, wskazujące na rodzaj granego akordu (do czego doszłam dopiero po pewnym czasie). Do tego wszystkiego ilość dziwnych gitar używanych przez założyciela zespołu, od dwugryfowej gitary brzmiącej jak hinduski sitar poczynając, na klasycznej kończąc, przyprawiała o muzyczny zawrót głowy. Wieczór był jednak pełen dalszych niespodzianek. Charyzmatyczny klarnecista - Chris Potter w pewnym momencie sięgnął po gitarę a później zagrał na irlandzkim flecie. Pianista i wokalista – Giulio Carmassi, grał również na trąbce, a basista (Ben Williams) w pewnych momentach używał techniki smyczkowej, co pozwoliło nam usłyszeć niesamowicie ciepłe i liryczne brzmienie kontrabasu muzyki klasycznej. W tle pobrzmiewał tysiącami dźwięków tajemniczy orchestron ,a wszystko płynęło po rytmicznym torze mistrzowsko nadawanym poprzez Antonio Sancheza. Przyznam że po raz pierwszy usłyszałam tak misterną grę na instrumentach perkusyjnych, w której niekończąca się rzeka rytmów nigdy nie zdominowała zespołu, wspierając go strukturalnie i barwowo. Jedynie w momentach solowej improwizacji artysta ukazywał swój pełny kunszt, z niesamowitą gracją, niespotykaną u perkusistów, wydobywając z swojego zestawu oryginalne a czasem wręcz szalone, brzmienia. Wszystkie improwizacje zresztą stanowiły pokaz niesamowitych umiejętności technicznych członków zespołu, przy czym nigdy nie odbywało się to kosztem klarowności utworu. Miało się wrażenie, że każdy dźwięk, który wczoraj zabrzmiał, był konsekwencją poprzednich, wyrazem jakiejś bardzo przekonującej prawdy muzycznej.

Całość koncertu zakończyły niesamowicie osobiste, muzyczne duety Pata z każdym z członków jego grupy. W każdym z tych dialogów wiodący gitarzysta prezentował odmienne światy muzyczne, w taki sposób aby podkreślić piękno muzyki swoich muzycznych adwersarzy. Były oczywiście bisy i owacje na stojąco. Po trzech godzinach słuchania, nikt z nas nie miał jeszcze dość! Można się dziwić czy aby na pewno wszystko to takie wspaniałe było i czy ja przypadkiem nie przesadzam. Otóż, kiedy się słyszy takie dźwięki – dźwięki na całe życie – zabiera się je w głowie i w sercu do domu. I nigdy nie ma się ich dość. WARTO je usłyszeć, przeżyć i zabrać ze sobą.