Eleanor Gray - Poznań w kalifornijskim stylu

Eleanor Gray - Poznań w kalifornijskim stylu

Kategoria: Muzyka

Autor: tekst: Mateusz Wiśniewski; zdjęcia: Maciej Godek

Data publikacji: 2014-06-11

A a

Poznań pełen jest młodych, ambitnych zespołów, w których tysiące ludzi dzielą swoją muzyczną pasję i miłość do instrumentów. Nie brakuje także miejsc, które mniej lub bardziej przystosowane są do organizacji koncertów. Dzięki temu każdy może zorganizować wydarzenie, zaprezentować się na scenie i przez chwilę poczuć się jak gwiazda. Niestety nie każdy może przeskoczyć ten etap i rozwinąć skrzydła na tyle, by dzielić sceny z polskimi gwiazdami i samemu stać się artystą, który dyktuje warunki. Wymaga to od muzyków poświęcenia, zaangażowania, a przede wszystkim cierpliwości, na którą nie wszystkich stać. Na szczęście chłopaki z Eleanor Gray mają wszystko czego potrzeba i dzięki konsekwentnej pracy, nadchodzi ich czas na podbój dużych scen. Jedną z nich była poznańska, juwenaliowa scena, na której zespół zagościł pierwszego dnia imprezy (czwartek 05.06) przed takimi gwiazdami wieczoru jak Muchy i Strachy Na Lachy.

Niezdecydowana aura postraszyła tego dnia deszczowymi chmurami, które mogły popsuć zabawę pod INEA Stadionem. Na szczęście na obawach się skończyło, a tegoroczne Juwenalia przywitało bezchmurne niebo. Zanim na scenie pojawili się chłopaki z Eleanor Gray, godzinny występ dał zespół Habakuk, który zaprezentował swoje wersje piosenek autorstwa Jacka Kaczmarskiego (koncert pod hasłem „Habakuk gra Kaczmarskiego”). Delikatny, reggae’owy wstęp, przed mocnym uderzeniem.

Szybka i sprawna ekipa techniczna nie pozwoliła długo czekać na kolejny koncert. Zespół pojawił się na scenie zgodnie z planem (20:30). Jeszcze tylko kilka słów zapowiedzi ze strony organizatorów i można było zaczynać. Bez zbędnego gadania ze strony wokalisty, na pierwszy ogień, tradycyjnie poszło Walking On The Clouds (w tym miejscu serdecznie pozdrawiam zespół). Idealny „starter”, który wyraźnie zadowolił tych, którzy twórczość Eleanor Gray znają, ale także wzbudził zainteresowanie ze strony osób, które prawdopodobnie pierwszy raz miały styczność z zespołem. Po pierwszym, dobrym wrażeniu przyszedł czas na powitanie publiczności (która wraz z trwaniem koncertu stawała się coraz liczniejsza). Kolejny kawałek Tic-Tac, wyraźnie rozruszał zgromadzonych pod sceną. Podczas tej piosenki basista w swoim stylu pozował do zdjęć Pani Fotograf, która gimnastykowała się na scenie, aby jak najlepiej uchwycić emanowaną przez chłopaków energię. W trakcie trzeciego kawałka przyszedł czas na prezentację lokalnego patriotyzmu, kiedy to wokalista zdjął koszulę i zaprezentował z dumą biało-niebieską koszulkę z napisem „Kolejorz!”. „Jesteśmy stąd! Jesteśmy z Poznania!” – wołał ze sceny, a publiczność odwdzięczyła się solidnym pogo, a nawet crowd surfing’iem podczas kolejnego numeru. Następnie przyszedł czas na I don’t Wanna, czyli kawałek, do którego zespół szykuje teledysk, który wkrótce ukaże się jako singiel promujący debiutancką płytę. Kolejna piosenka Thank You niewątpliwie uraczyła swoją melodyjnością szczególnie żeńską część publiczności (bez złośliwości). Muszę przyznać, że mimo iż znałem wcześniej piosenki Eleanor Gray, to jednak w takich warunkach jakie panowały na Juwenaliach (mam na myśli przede wszystkim profesjonalne nagłośnienie i imponującą scenę) muzyka zabrzmiała jeszcze pełniej i bardziej „nośnie”. Po chwili odpoczynku nastąpiło kolejne mocne uderzenie, a szybki (nowy-szybki?) kawałek wymęczył publikę przed ostatecznym pożegnaniem. Na koniec chłopaki zagrali jedyny tego wieczoru cover piosenki „kolegów ze słonecznej Kalifornii”. The Pretender od Foo Fighters wpasowało się stylistycznie w całokształt twórczości Eleanor Gray i pozwoliło faktycznie przez chwilę poczuć się jak na koncercie grupy Dave’a Grohl’a (muzycznie bez zarzutu). Jednak uważam, że zespół ma w swoim repertuarze wystarczająco dużo własnych, dobrych utworów, którymi mogliby pożegnać się z publicznością (swojego czasu robili to kawałkiem Fire, który mimo swojej prostoty i genezy powstania, spełniał bardzo dobrze swoją funkcję). Tym bardziej, że na bisy nie było czasu. Niestety.

To było bardzo treściwe pół godziny, w trakcie którego Eleanor Gray wyraźnie, pozytywnie zaskoczyło osoby, które nie słyszały wcześniej grupy. Byłem na kilku ich koncertach i wiem, że chłopaki zawsze dają z siebie 100%. Tak było też i tym razem. Brakowało mi tylko jednej rzeczy, którą na koncertach klubowych zespół ma opanowaną do perfekcji. Chodzi o bezpośredni kontakt z publicznością. Wiem, że wokalista potrafi zagadać ludzi. Wiem też, że basista lubi dorwać się do mikrofonu i wtrącić swoje trzy grosze. Wiem, że potrafią pożartować i bardzo rozluźnić atmosferę. Z drugiej strony wiem, że impreza miała ściśle określony harmonogram, którego wszyscy musieli się trzymać i z pewnością lepiej było zagospodarować te pół godziny na muzykę, a nie na zbędne gadanie. Jeżeli będziecie mieli okazję pojawić się na koncercie Eleanor Gray w przyszłości, to zróbcie to bez chwili zawahania. Chłopaki wiedzą czego chcą i pewnie po to zmierzają, a ich koncerty zawsze trzymają poziom. Jeszcze będzie o nich głośno.

Galeria