Gentleman powrócił!

Gentleman powrócił!

Kategoria: Muzyka

Autor: Edgar Hein

Data publikacji: 2016-06-19

A a

Powrót Gentlemana do Poznania z jednej strony był wyczekiwany przez wielu, z drugiej spore grono osób jeszcze w piątkowy wieczór dziwiło się, że ta gwiazda światowego formatu powraca do Poznania. Narzekania na promocję zwyczajnie nie lubię, jednak należy przyznać, że nie było przy koncercie akcji znanych z wielu innych wydarzeń – brakło wielkoformatowych reklam, plakatów spoglądających z każdego rogu ulicy a internet pokazywał, lecz czynił to nienachalnie. Czy to błąd? Frekwencja pokazała, że niekoniecznie – organizatorzy najwidoczniej zaryzykowali licząc na widza dojrzałego i zdającego sobie sprawę z rangi wydarzenia. Patrząc na zgromadzoną publiczność nie pomylili się. Obok modnych hipsterów cała masa klasycznych fanów reggae, przy „luzujących się” biznesmenach całkiem spora grupa tradycyjnych skinheadów w swoich czarnych polówkach z żółtymi wypustkami. Plac Marka jednak zdecydowanie nie był wypełniony – powiedzieć, że było tłoczno również byłoby sporym nadużyciem. Pytanie – czy aby nie było to lepsze dla samego odbioru muzyki i (o czym później) poziomu zdenerwowania sporej części przybyłych gości? Perform miał z założenia być pokazem siły poznańskiej muzyki, która zaprezentowała wszystko co najlepsze z wielu różnych kręgów stylistycznych. Mieliśmy zatem i Titusa, i Palucha, i Biff, i Rebekę… i wydawało się na samym początku, że to zagryzie. Nie będę ukrywał, że Titus z Paluchem biorący na siebie legendarnych „Ludzi Wschodu” jeszcze bardziej kultowej Siekiery dali znak, że na tym koncercie nie biorą jeńców. Klasyczny tekst ryczany przez Pukackiego uzupełniany był bieżącym komentarzem ze strony rapera. Solowo Paluch mimo braku hypmena również nie dał się zrzucić w otchłań publicznej niechęci. Występ Biffu podobać mógł się bardziej lub mniej (tak samo jak kolejny wymyślny strój „Świtezianki” Brachaczek), jednak na pewno nie pozostawiał obojętnym. Ciężko mi osobiście coś napisać więcej o występie kapeli, do której od lat mam wielką słabość – szczery uśmiech na mojej twarzy i coraz przyjemniejsza atmosfera pod sceną niech będą odpowiedzią na pytanie „czy Biff dał radę”. Jeżeli publiczność myślała, że koncert podzielony był na dwie części – myliła się. Po występie Biffu zaczął się najbardziej niespodziewany fragment wydarzenia. Na scenę wkradł się chaos, a na terenie coraz wyraźniej widać było niedociągnięcia (delikatnie mówiąc) organizacyjne. To, że w kolejce do piwa nie doszło do bijatyki było chyba tylko i wyłącznie zasługą kojącego działania pewnego specyfiku, którego zapach unosił się nad całym terenem. Jeżeli za coś należy ganić organizatorów, to niestety za te dwa elementy – kompletną porażkę w strefie gastronomicznej z 40 minutowymi kolejkami i tłumami wpychającymi się przed same nalewaki (wiem, ciężko mieć pretensje do kogoś o chamstwo innych) oraz rozjazdem całego planu od końca Biffu do początku występu gwiazdy wieczoru. Nie będę ukrywał – każdy z kolejnych występów mało kogo obchodził. Szczególnie żal Rebeki, którzy zawsze dają fantastyczne koncerty – zaryzykowali i przegrali. Kiedy pod kegami zaczynało się robić na przemian gorąco lub absurdalnie zabawnie (jak wiadomo Polacy mają tę zdolność reagowania śmiechem na uderzające w nich sytuacje) z półgodzinnym opóźnieniem na scenie pojawił się Gentleman. Fantastyczna energia, fenomenalne dziewczyny na chórkach (odkrycie wieczoru), słabo słyszalny poza bodajże trzema wyjątkami chór i orkiestra. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby ich zabrakło koncert za wiele by na tym nie stracił. Oczywiście nie chodzi o ujmowanie klasie Jacka Sykulskiego i jego podopiecznym, lecz o zatracenie poczucia, że są oni równoprawnym ogniwem całego przedsięwzięcia. Ze sceny słychać tego nie było. Publika ożywiała się jeszcze bardziej gdy na scenie pojawiał się charyzmatyczny Alborosie. Minus? Zdecydowanie zbyt krótko jednak założenie koncertu najwidoczniej takie było. I faktycznie nie byłoby to tak rzucające się w oczy gdyby nie wielki nieobecny – Ky-Mani Marley. Informacja o jego braku zasmuciło/rozsierdziła (niepotrzebne skreślić) fanów reggae, a nade wszystko forma poinformowania publiki – kilka godzin przed wydarzeniem na portalu społecznościowym. Ale czy warto? Tak. Gentleman z zespołem oraz chórem chłopięcym i orkiestrą dali świetny koncert. O smaczki można się kłócić, gdyż tyczyły się chyba bardziej gustu niż prawdziwych problemów. Jednak organizatorzy muszą odpowiedzieć sobie na pytanie – co zrobić by publiczność czuła się jak odbiorcy kultury, a nie masa ustawiona w kolejce do sześciu kranów z piwem podczas kilkudziesięciu minut wyczekiwania na pełne trzasków przepinki między artystami. Jeżeli to zrobią prawidłowo, wtedy Plac Marka może wypełniać się i częściej, i zdecydowanie szczelniej.