Illusion - nowa jakość, czy iluzja sprzed lat?

Illusion - nowa jakość, czy iluzja sprzed lat?

Kategoria: Muzyka

Autor: tekst: Mateusz Wiśniewski; zdjęcia: Jakub Marciniak

Data publikacji: 2014-03-25

A a

 Zawsze gdy wybieram się na koncert, lubię być na miejscu już w momencie otwarcia bramek. Lubię długie czekanie pod sceną, w trakcie którego chłonę atmosferę i uważnie obserwuję otocznie. Tym razem było jednak inaczej. Pędząc na ostatnią chwilę nie pomyślałem nawet o tym, że w mojej jasnej koszuli będę się wyróżniał wśród fanów Illusion jak policjant na Stadionie Dziesięciolecia. Szybko jednak dało się wyczuć pewną specyficzną, pozytywną aurę. Podekscytowani i nakręceni fani, wyraźnie nie mogli się doczekać gwiazdy wieczoru. Nie ma się czemu dziwić, w końcu czekali na ten powrót niespełna 15 lat. Już od wejścia do klubu było wiadomo, że ten wieczór będzie wyjątkowy.

Warto wspomnieć o supportującym Illusion zespole z Ukrainy – O. Torvald (niestety nie było mi dane zobaczyć zespołu Lecter, który występował jako pierwszy). Chłopaków z Kijowa ewidentnie rozpierała energia. Jeżeli ktoś posłucha ich nagrań np. na YouTube, ten musi wiedzieć, że w żaden sposób nie oddają one mocy, jaka tego wieczoru płynęła za ich pośrednictwem ze sceny. Był to jeden z tych momentów, kiedy mało znany zespół sprawia słuchaczom ogromną niespodziankę i sądząc po reakcji publiczności, nie było to tylko moje odczucie. Tłum żywo reagował, skandując głośno „U-kra-ina!” pomiędzy kolejnymi utworami. Nie grali długo, ale to co zaprezentowali wystarczyło, aby zapisać się w świadomości tłumu. Szkoda tylko chłopaka obsługującego syntezatory, którego praktycznie nie było słychać. Równie dobrze mógłby nie być podłączony do prądu, a efekt byłby ten sam. Minus dla panów, którzy czuwali nad nagłośnieniem (pierwszy, ale zdecydowanie nie ostatni tego wieczoru).

Supporty spełniły swoje zadanie. Bisy nie były im dane, ale z góry było wiadomo dla kogo ludzie się tam zebrali. Po dwudziestominutowej przerwie technicznej, w której sprawnie przygotowano scenę, zapadła ciemność. Publika ewidentnie się rozbudziła, a sala została szczelnie wypełniona do ostatniego metra kwadratowego. Co prawda nie było czym oddychać, ale za to frekwencja była wyśmienita. Dokładnie o godzinie 20:53, pierwsze dźwięki wypełniły przestrzeń. Mroczne intro budowało nastrój, a gdy tylko muzycy pojawili się na scenie, wybuchła wrzawa. Bez zbędnego gadania, panowie wzięli sprawy w swoje ręce.

Na pierwszy ogień poszła seria pięciu utworów z lat 1994-1998, która skutecznie rozgrzała publiczność. Po rozpoczynającym koncert „To co ma nadejść”, Lipa przywitał się z fanami, by następnie przejść do „Adubi”, w którym po raz pierwszy zabrzmiały gitarowe improwizacje. Już po dwóch utworach można było się przekonać, że wokalista jest w doskonałej kondycji. Latające w powietrzu piwa oraz kolejne gitarowe solówki były ozdobą następnych kawałków. Zespół przemknął jak burza przez „Vendetta” i „Pan Nikt”, by następnie w „BTS” pokazać czym jest dobra interakcja z publicznością, która w tym utworze miała więcej do powiedzenia niż lider Illusion. Utwór został zwieńczony fantastycznym gitarowym dialogiem rozpoczętym przez Jerzego Rutkowskiego, po którym swoje pięć minut otrzymał Jarek Śmigiel, dając popis na mocno przesterowanym basie. Mocne wejście. Dodatkowo nastrój budowały intrygujące animacje wyświetlane na planszach za plecami muzyków. Zmieniały się one wraz z piosenkami i tworzyły spójną całość z warstwą tekstową. Pomysłowe i efektowne. Celem koncertu była, jak wiadomo, promocja najnowszego albumu „Opowieści”, dlatego nikogo nie powinna dziwić deklaracja Tomka Lipnickiego, że od tego momentu „piosenki będą nowe”. Tu nastąpiła dziwna sytuacja. Z tłumu dało się słyszeć głośne okrzyki „Nie!” i wyglądało na to, że zdecydowana większość była tego samego zdania. Od tego momentu Panowie zagrali cały materiał z nowego krążka, zgodnie z kolejnością na płycie. Pomiędzy utworami odbywały się negocjacje pomiędzy fanami, domagającymi się starych hitów, a zespołem, który pomimo presji konsekwentnie realizował set listę. Na szczęście charyzmatyczny lider potrafił obrócić całą sytuację w żart mówiąc m. in., że mogą zagrać koncert, w trakcie którego zagrają 20 razy ten sam kawałek lub składając deklarację, że nie może cały czas żyć przeszłością. Humory wszystkim dopisywały, chociaż z mojego punktu widzenia ciężko było wyczuć gdzie leży granica. Najwyraźniej nowe utwory nie były tym, czego chciała publiczność, a szkoda, ponieważ osobiście uważam, że w niczym nie ustępowały one wcześniejszym dokonaniom grupy. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że nie dało się nie zauważyć iż część osób opuściła salę. Po serii nowości, zespół wrócił do starszych kompozycji. Na „Big Black Hole”, „Solą w oku”, „Pukany czy Nóż”, publika reagowała inaczej, a sala ponownie szczelnie się wypełniła. Od tego momentu tłum pod sceną szalał a entuzjastyczne okrzyki towarzyszyły kolejnym utworom. Na koniec regularnego setu zabrzmiał „Wojtek”, a następnie „Na luzie”, w trakcie którego wokalista nawiązał do sytuacji na Ukrainie, dając krótkie, ale treściwe przemówienie. Tutaj nastąpiły tradycyjne podziękowania i ukłony, jednak zespół nie opuścił sceny. Lipa bardzo dosadnie dał do zrozumienia, że nie mają po co z niej schodzić. Żartując, że na bis zagrają „dwie nowe”, zakończyli wieczór kawałkami „Bracie” oraz nastrojowym „Tylko”, które było idealnym zwieńczeniem tego magicznego koncertu. Zespół kłaniał się długo, podziękował serdecznie, a następnie zszedł ze sceny w akompaniamencie krzyków i skandowania „Illusion!”, które jakby dziwnie szybko ucichło. Tylko najwierniejsi fani w pierwszym rzędzie, dogorywali przewieszeni przez barierki.

W marcowym numerze czasopisma Teraz Rock ukazał się wywiad z muzykami Illusion. Po jego przeczytaniu odniosłem wrażenie, jakby Panowie nie do końca byli przekonani czy reaktywacja zespołu jest dobrym pomysłem. W takich momentach muzyka ma decydujący głos. Scena jest specyficznym miejscem, z którego nie da się oszukać widza. Tego wieczoru zobaczyłem na niej szczerość, bezpośredniość, zaangażowanie oraz miłość do muzyki. Wszystko czego oczekuję od koncertu zarówno jako widz, jak i muzyk. Jeżeli ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy decyzja o reaktywacji zespołu i nagraniu premierowego materiału była słuszna niech wybierze się na kolejny koncert. Naprawdę warto. Mnie panowie przekonali i (mimo iż zdecydowanie wolę lżejsze granie) zdobyli moje uznanie i szacunek.

Nie mogę jednak pominąć kwestii nagłośniania, które pozostawiało wiele do życzenia. Dziwna moda nastała wśród akustyków, na intensywne (do przesady) podkręcanie głośności basu do tego stopnia, że często zamiast współgrania instrumentów człowiek jest zmuszony słuchać trzęsącego się stropu budynku. Do tego przy każdym uderzeniu „stopy” czułem, jak moje narządy wewnętrzne bezwładnie obijają się o siebie. Straciły na tym niektóre utwory, w których gitary oraz wokal były najzwyczajniej zagłuszane przez dudniące otoczenie. Naprawdę, czasami mniej, znaczy więcej.

 

 

 

Galeria