Kayah & Transoriental Orchestra – miały być fajerwerki, a były słabe petardy.

Kayah & Transoriental Orchestra – miały być fajerwerki, a były słabe petardy.

Kategoria: Muzyka

Autor: Magdalena Brylowska

Data publikacji: 2013-10-20

A a


Przeczytałam dziś rano jedną z recenzji i musze przyznać, że zwątpiłam. Przez chwilę nawet myślałam, że byłam na innym koncercie, ale widziałam autora tej recenzji po występie Kayah, więc chyba jednak widzieliśmy i słyszeliśmy to samo. Niestety moje odczucia są zgoła odmienne.

Koncert opóźnił się o trzydzieści minut, co spowodowało rozdrażnienie publiczności. Podczas przedłużającej się ciszy niektórzy bez jakichkolwiek oporów wykrzykiwali „Kayah na scenę!”. Frustracja była spowodowana głównie tym, że nikt nie wiedział, o której koncert się rozpocznie, a jak się okazało po wyjściu na scenę zespołu – do ostatniej chwili nie było pewności czy koncert się w ogóle odbędzie. Po tak feralnym początku są zazwyczaj dwa wyjścia – albo muzycy sprawią, że wszyscy zapomną o tym, że musieli czekać dłużej niż przewidywali i opuszczając koncert będą kroczyli trzy metry nad ziemią, albo wręcz przeciwnie, pomimo starań nie będą w stanie naprawić złego początku i ukoić rozdrażnienia publiczności – niestety, w tym przypadku miała miejsce opcja numer dwa.

Koncert można by podzielić na trzy części, pierwszą poświęconą kulturze Żydów sefardyjskich, drugą z muzyką bałkańską i trzecią z muzyką Żydów aszkenazyjskich. Uważam, że sam podział muzyki na te trzy części był bardzo dobry pomysłem, bo w sposób płynny muzycy przechodzili z jednego zakątka świata w drugi, szkoda tylko, że były to bardzo nierówne części.

Może zacznę od samej muzyki – instrumentarium i muzyka mnie zachwyciły, te etniczne brzmienia bębnów, cymbałów i klarnetu w połączeniu ze skrzypcami i przeszkadzajkami absolutnie mnie zauroczyło, można było odczuć, że muzycy wywodzą się z różnych kultur i każdy z nich wniósł do tej muzyki coś swojego. Pod względem wokalnym bywało różnie, ogromne brawa należały się pochodzącemu z Persji Jahiarowi Azim Irani, grającemu na cymbałach i santurze, a także śpiewającemu i to właśnie swym śpiewem mnie oczarował, bowiem jego wokal na myśl przywodził fenomenalnego Zahara Fresco, znanego w Polsce ze współpracy z Leszkiem Możdżerem. Zauroczyła mnie również Iwona Zasuwa, która posiada potężny głos, do tego śpiewa czysto i z ogromnym uczuciem. Zaś sama Kayah, cóż… nie zachwyciła wokalnie i myślę, że gdyby nie to, że jest niezwykle charyzmatyczną i otwartą osobą, to ten koncert mógłby zakończyć się klapą. Momentami, delikatnie rzecz ujmując, wokal przeszkadzał w słuchaniu naprawdę dobrej muzyki.

Część pierwszą koncertu uważam za najbardziej udaną, Kayah śpiewała głównie w języku ladino i były to utwory bardzo energiczne, chciałoby się rzec, że to brzmiało jak dobra żydowska impreza. Było trochę elektroniki, ale głównie brzmienie bębnów, klarnetu, skrzypiec, cymbałów i gitar. Wszystkie zaś utwory pochodziły z nowej płyty. Część druga była powrotem do płyty „Kayah & Bregović”, muzycy zagrali „Sto lat młodej parze” i korespondujące z nią „Jeśli Bóg istnieje”, jak żartowała wokalistka, jeśli w związku pojawia się zdrada to po ślubie jest pogrzeb, a że jest zodiakalnym skorpionem to swoim wrogom wybacza, ale nigdy nie zapomina ich nazwisk, co również radziła publiczności. Niestety część trzecia okazała się najsłabsza. Pojawił się jazzujący cover piosenki „My Yiddishe Mame”, którą wykonywał m.in. Tom Jones, utwór, choć wzruszający, a Jan Smoczyński przepięknie akompaniował artystce, to absolutnie nie pasował do stylistyki całego koncertu. Kayah zdecydowała się również na zaśpiewanie utworu Ewy Demarczyk „Rebeka” i wykonała go w innej niż oryginalna aranżacji, bowiem nie byłaby w stanie rywalizować z samą Demarczyk.

Pomimo usilnych starań by rozgrzać publiczność, udało się to dopiero podczas bisów. Sam koncert zakończył się bowiem niespodziewanie szybko, bo po godzinie i zaskoczył tych, którzy nie wyszli po kilku pierwszych utworach (a było ich kilku). Publiczność trzy razy wywoływała na scenę muzyków i krzyczała błagalnie „Prawy do lewego”! Niestety ich błagania nie zostały wysłuchane i Kayah zaśpiewała, poza jednym nowym utworem, same, które można było usłyszeć podczas koncertu. Bisy trwały 20 min i cytując słowa Kayah – Po trzech dniach (i trzech bisach) gość i ryba w domu zaczynają śmierdzieć – i tym samym pożegnała się z publicznością.

Choć muzycznie koncert był na dobrym poziomie i widać było, że muzykom zależy na tym, by publiczności się podobało, to ten plan chyba nie został zrealizowany do końca. Po koncercie można było usłyszeć głosy, że było monotonnie, zbyt nostalgicznie i poniżej oczekiwań. Może gdyby koncert zaczął się bez tego nieszczęsnego opóźnienia i trwał nieco dłużej, czyli standardowe 90 minut plus bisy, to publiczność zdołałaby się wczuć w klimat etno i włączyć się do zabawy, ale niestety tak się nie stało.

Podczas tego koncertu czegoś mi zabrakło, może tym czymś była magia, a może po prostu muzycy zbyt się stresowali pierwszym koncertem nowej trasy i tym samym nie mogli przekazać dobrej energii. Przesłaniem koncertu był pokój, tolerancja i walka ze sztucznymi podziałami, hasła piękne, szkoda tylko, że nie zagościły w sercach publiczności do tego stopnia, by przymknąć oko na muzyczne niedociągnięcia. Nie wiem, bardzo bym chciała móc wytłumaczyć, czego mi zabrakło, ale chyba nie jestem w stanie. Jest mi przykro z tego powodu, bo spodziewałam się fajerwerków a były słabe petardy.

O piątkowym koncercie Kayah chciałabym napisać same dobre rzeczy, ale niestety chcąc być uczciwą nie mogę tego zrobić. Nastawiałam się na niezapomniany koncert, podczas którego nie będę zerkała na zegarek, tylko wpatrywała się w to, co dzieje się na scenie. Może zgubiły mnie zbyt wygórowane oczekiwania, a może po prostu ten koncert nie był tym, czego wszyscy się spodziewali.
























Zdjęcia: Jacek Zentkowski