Koncert Woodkida w Warszawie (7.12.2013) - relacja

Koncert Woodkida w Warszawie (7.12.2013) - relacja

Kategoria: Muzyka

Autor: Kuba Krzyżański

Data publikacji: 2013-12-13

A a

Woodkid, jako jeden z nielicznych popowych muzyków, zasługuje na miano prawdziwego artysty XXI wieku. Czuć to w każdym calu jego osobowości i twórczości. Konsekwentnie trzyma się stylu i estetyki, którą obrał, i która wyraźnie jest jego pomysłem. Debiutancka płyta „The Golden Age” to dzieło spójne, może nawet koncepcyjne, wzbogacone adekwatnymi, artystycznymi teledyskami. Czułem, że jego koncert w warszawskiej Arenie Ursynów będzie równie zjawiskowy. Nie myliłem się.

Całą gamę pozytywnych przeżyć związanych z koncertem zachwiał jedynie nieudany support. Woodkid w swoją trasę zaprosił młodego muzyka ukrywającego się pod pseudonimem Black Atlass. Słuchanie jego debiutanckiej, studyjnej EP-ki w domu może robić wrażenie, jednak na żywo wokalista nie zdołał zawojować publiczności. Podkłady źle nagłośnione, puszczane zwyczajnie z laptopa, brak scenicznej prezencji i chaos na wciąż zapełniającej się sali – tak podsumowałbym ten występ. Nic ciekawego. Kto by przypuszczał, że za chwilę będę świadkiem jednego z najlepszych widowisk w moim życiu...

Gdy tylko na scenie pojawił się zespół, na widowni zawrzało. Co ja mówię, zespół, to była wręcz mała orkiestra! Bębniarze, sekstet smyczkowy (w dodatku polski!), trębacze – skład zbliżony do tego ze studia, zapewniający głębokie, potężne brzmienie. Po chwili ukazał się on – brodaty artysta XXI wieku, obowiązkowo w fullcapie. Od razu załapał świetny kontakt z publicznością, zapowiedział, że wykona kilka nowych utworów i wspomniał o swoich polskich korzeniach. W jego wypowiedziach nie było nic wymuszonego – później kilkakrotnie żartował sobie z publiczności i ze swojego zespołu. Sympatyczny, młody facet z wielkim talentem.

Koncert rozpoczął utwór „Baltimore’s Fireflies” z pierwszej EP-ki „Iron”. Zaraz po nim wokalista wszedł w klimat debiutanckiego longplaya i wykonał tytułowe „The Golden Age”. Przejmujący, balladowy kawałek, wywołał wzruszenie na sali. Jednak nostalgia idealnie przeplatała się z nastrojem rozrywkowym, by nie rzec, imprezowym. Premierowy utwór „Volcano” omal nie rozsadził Areny Ursynów. Wszystko w towarzystwie hipnotyzujących wizualizacji i bajecznej gry świateł. Sam Woodkid również wyglądał świetnie. Na zapisach swoich pierwszych koncertów wyglądał uroczo nieporadnie, tym razem, już po roku doświadczenia na scenie, skakał, biegał, dyrygował raz zespołem, raz publicznością – czuć było, że jest reżyserem wszystkiego, co się wokół niego dzieje.

Tego wieczoru zabrzmiał jeszcze jeden nowy utwór – klimatyczne „Go”, znane fanom Woodkida z zapisów poprzednich koncertów. Sam też cicho liczyłem, że Brodacz zaprezentuje go w Warszawie. Z przebojów, nie mogło zabraknąć „I Love You” i przede wszystkim „Iron”, od którego teledysku w zasadzie na dobre zaczęła się solowa kariera Woodkida. Ciekawą niespodzianką była inna niż na płycie wersja „The Boat Song” i mniej znany, ale bliski sercu wokalisty „Brooklyn”. Po „The Great Escape”, zespół opuścił scenę, zapowiadając tym samym koniec koncertu. Ale zaraz zaraz! Gdzie „Run Boy Run”? Tej piosenki nie mogło zabraknąć. Mój osobisty faworyt z „The Golden Age” znalazł się na szczęście w bisach i, tym samym, zwieńczył magiczny wieczór, razem z wyciszającą „The Other Side”. 

Ciężko uwierzyć, że to dopiero pierwsza pełnowymiarowa płyta i pierwsza duża trasa Woodkida. Wszystko było dopracowane na ostatni guzik, a efekty świetlne i wizualne godne największej żyjącej muzycznej ikony. Kto nie był, niech żałuje – posłuchajcie przynajmniej studyjnych wersji utworów i czekajcie na następny koncert w Polsce. Ja już czekam!