Kult zabarwił Poznań na pomarańczowo w sobotnią noc.

Kult zabarwił Poznań na pomarańczowo w sobotnią noc.

Kategoria: Muzyka

Autor: tekst: Edgar Hein, zdjęcia: Jacek Zentkowski

Data publikacji: 2013-10-29

A a


Stało się. Kolejny koncert warszawskiego zespołu w stolicy Wielkopolski dobiegł końca. Czy o tym koncercie można napisać coś nowego, coś więcej niż o poprzednich? Nie. Był po prostu jak zawsze świetny. Koncert wyczekiwany został poprzedzony występem zespołu Wu-Hae, zresztą dzielącego trudy całej „Pomarańczowej Trasy” z Kultem. Granie krakowskiego zespołu niezwykle ciekawe, crossover’owe zagrywki mogły podobać się fanom tego typu muzyki, a paru chłopa na scenie starało się wykorzystać swoje pięć minut przed sporą publiką. Udało im się, potrafili zaprosić do zabawy wielu, co prawda raczej tych najmłodszych na koncercie, jednak sam fakt już „nie położenia” koncertu pozwala złożyć ręce do oklasków. Zapamiętajcie ich - mają sporą szansę na zaistnienie na rodzimej scenie alternatywnej.

Kazik wraz ze swoimi kompanami przyzwyczaił już fanów do długich i stojących na niezwykle wysokim poziomie koncertów. Tak samo było i tym razem. Dwie godziny i czterdzieści minut wypełnione największymi szlagierami zespołu oraz najnowszymi utworami. To właśnie ostatni album zespołu, czyli „Prosto” był wydawnictwem reprezentowanym w największym stopniu - aż 7 z 36 zagranych utworów znamy z tejże właśnie płyty. Czy broniły się? Nie oszukujmy się - publika czekała na te utwory, które zna i śpiewa od lat. Podczas grania kolejnych numerów z najnowszego wydawnictwa publika widocznie znajdowała wtedy czas na rzeczy niedopuszczalne w innych momentach - papierosa, kolejkę po piwo, wymianę paru zdań na temat koncertu. Nie znaczy to jednak, że nowe numery są słabe. Nie, one po prostu nie wytrzymują porównania z najznamienitszymi dokonaniami Kazika i jego ekipy. Czasu na refleksję jednak zbyt wiele nie było. Kult od początku koncertu zmusił publikę do zabawy, a przy piątym w kolejności Passengerze wydawało się, że emocje sięgnęły sufitu. Cóż, widocznie również dobry koncert musi zacząć się od trzęsienia ziemi, by napięcie mogło dalej rosnąć z upływem czasu. Oprócz wspomnianego już wcześniej hymnu Iggy’ego Popa znalazł się na setliście jeszcze jeden cover - Zegarmistrz Światła Purpurowy Tadeusza Woźniaka. Niezwykła energia biła ze sceny na przebojowych „Gdy nie ma dzieci” czy „Baranku”, by później bawić publikę konwencją grając „Inżynierów z Petrobudowy” czy „Łączmy się w pary, kochajmy się”. Najbardziej magicznie zrobiło się chyba jednak na utworach najpiękniejszych - „Do Ani”, „Arahja” czy już w trakcie bisów zagrana wyśmienicie „Knajpa morderców”, która w sumie kończyła koncert.

Tfu! Zapomniałbym o standardowych „Sowietach” zagranych już na samo zakończenie i odśpiewane przez publikę - tak różniącą się wiekiem, doświadczeniem, wykształceniem czy poglądami, a jednak tak bardzo do siebie podobnej w uwielbieniu dla Kazika i jego Kultu. Tak jak zacząłem - koncert Kultu był taki, jak każdy tego zespołu. Znamienity, wypełniony szlagierami, jednak jak zawsze pozostawiający niedosyt. Koncerty Kultu chociażby były najdłuższe, chociażby i Panowie zapragnęli zagrać do upadłego to i tak nie będą w stanie zadowolić każdego swego fana. Ilość utworów, które skomponowali przez już trzy dekady działalności, oraz które są ważne dla fanów, jest zbyt długa. Także zamiast żałować, że nie zagrano naszego ulubionego utworu, należy zapamiętać, że za rok planować niczego innego niż bytność na kolejnej odsłonie „Pomarańczowej Trasy” po prostu nie można. A wtedy to na pewno się nie zawiedziemy. Tak jak dziś.