Legenda hard rocka: Deep Purple w Poznaniu-relacja

Legenda hard rocka: Deep Purple w Poznaniu-relacja

Kategoria: Muzyka

Autor: tekst: Tomasz Katolik; zdjęcia: Karol Cichoński

Data publikacji: 2014-02-15

A a

Mick Jagger powiedział kiedyś, że będzie rockandrollował nawet wtedy, gdy umieszczą go na wózku inwalidzkim. Bluesmani są znani z tego, że grają tak długo, aż litościwa śmierć nie zabierze ich z tego „łez padołu” – wiek nie ma tu znaczenia. Czy podobna zasada sprawdza się w muzyce rockowej i to tej o cięższej proweniencji, przedwczorajszy koncert weteranów z Deep Purple udowodnił, że tak.

Support, przed występem purpurowej legendy, zapewniła ok. półgodzinnym recitalem warszawska „Chemia”. Ciepło przyjęta przez pięciotysięczną publiczność poznańskiej Areny, aczkolwiek jak to bywa z supportami, ich rola jest poniekąd niewdzięczna – rozgrzać publiczność, a nie zniecierpliwić - wszyscy bowiem wiedzą po co tak naprawdę przyszli – posłuchać „gwiazdy wieczoru”. Muszę powiedzieć, że obserwując reakcje słuchaczy, muzykom z „Chemii” udało się to pierwsze.

Zapadła więc kurtyna, za którą odbywały się przedkoncertowe przygotowania ekipy technicznej głównego wykonawcy. Wreszcie po pewnym czasie, przygasło światło, rozległa się wrzawa publiki, oraz majestatyczne dźwięki utworu „Mars” z cyklu „Planety” Gustawa Holsta - wprowadzając zebranych w „nastrój”. Po wybrzmieniu intro, podniosła się kurtyna i wreszcie długo oczekiwani „Deep Purple” chwycili za instrumenty. No i zaczęła się hard- rockowa „jazda obowiązkowa”(sformułowanie Piotra Kaczkowskiego), ponieważ zaczęli od niezapomnianych, klasycznych, utworów, które każdy fan hard’n’heavy zna doskonale. Jak się okazało, cały koncert zdominował starszy repertuar, nie mogło jednak zabraknąć utworów z  najnowszego, promowanego, wydawnictwa „Now What ?”. Zabrzmiał więc, m. in. jeden z najlepszych, moim zdaniem, utworów z tej płyty „Vincent Price” oraz niezłe „Hell to Pay”.

Przed koncertem miałem obawy czy muzycy będą chcieli wracać w przeszłość, czy nie potraktują „po macoszemu” tego niezapomnianego , najlepszego artystycznie, okresu lat siedemdziesiątych. Wątpliwości moje rozwiały się już na początku, na pierwszy ogień, poszło bowiem, nomen omen, „Into the Fire” z „Deep Purple in Rock”, rozgrzewając atmosferę swoim świetnym riffem; z tej klasycznej płyty zapadło mi w pamięć, również bez zarzutu wykonane „Hard Lovin’ Man”. Wielopokoleniowa publiczność bawiła się więc setnie, przy obficie sypiących się hitach tej ponadczasowej kapeli – jak z rozprutego wora prezentów. Zagrali zatem „Strange Kind of Woman” z okrojonym, cóż lata lecą, przekomarzaniem się Gillana z gitarą Morse’a, „The Mule” z nieodzowną solówką Paice’a na perkusji, „Lazy” z popisami Dona Airey na hammondach, czy „Perfect Strangers” z  fajnymi orientalnymi motywami.

Długo możnaby wymieniać i zachwycać się co zagrali, ale jednym słowem - dali fantastyczny koncert, może nieco nostalgiczny, ponieważ prócz zawsze granego „Smoke on the Water”, zabrzmiało również „Space Truckin” a nawet „Hush” z debiutanckiej płyty. Wszelako, nie spodziewałem się, że będzie to tak świetny „koncert marzeń”, z tak ogromną ilością starych, niezapomnianych utworów – dobrze, że jeszcze grają i są z nami, a grają świetnie, wirtuozersko, z polotem, oraz inklinacją do improwizowania, a nie odwzorowywania studyjnych wersji „na żywo”

Każdy z muzyków, prócz, co zrozumiałe, Gillana (świetnie zresztą dysponowanego), wystąpił sam na scenie, prezentując swój mini recital. Rozmaite techniki gitarowe zaprezentował więc Steve Morse balansując od lirycznych technik legato po superszybkie zagrywki z kunsztownym kostkowaniem. Najbardziej jednak, swoim występem, podbił publiczność Don Airey grając wiązankę utworów Chopina i owacyjnie przyjętego Mazurka Dąbrowskiego, czym zresztą nawiązał do tradycji – niegdyś tak honorował polską publiczność wielki nieobecny – Jon Lord. Jeden z utworów został zresztą zadedykowany temu muzykowi, a jego postać została przypomniana publiczności na dwóch skrajnie umieszczonych przy scenie telebimach. Podczas bisu przy wtórze perkusji zagrał partię solową Roger Glover, ależ ten jego bas rozgrzał publiczność - to trzeba usłyszeć - coś wspaniałego. Jak już wspomniałem o bisie, to było oczywiste, że musi nastąpić, zresztą owacje publiczności nie pozostawiły muzykom innej możliwości. Zaczęli więc od „Green Onions” Booker T and the M.g.'s (chyba jedyny cover na koncercie) i zaraz przeszli do wspomnianego „Hush” w dłuugiej rozimprowizowanej wersji, z chóralnymi śpiewami publiczności, wspomagającej Iana Gillana i nawet udzielającego się wokalnie Steve’a Morse’a. Zagrali również, ku radości publiki, „Black Night” – niestarzejący się, pomimo upływu 45 lat, kawałek o melodyjnym, bujającym riffie. W utworach tych nie zabrakło popisów instrumentalnych tak charakterystycznych dla stylistyki z dawnych lat, dzisiaj już nieco zapomnianej i nie stosowanej w obecnych aranżacjach, stawiających na zwartość kompozycji. Cóż, gusta się zmieniają, ale to jednak dinozaury z Deep Purple  pokazują, na czym polega etos „dobrego muzyka” – nie tylko precyzja i dopracowanie, ale również spontaniczność, radość grania, feeling, swoboda, improwizacja, wirtuozeria – to czyni ich muzykę atrakcyjną do dziś, a w szczególności na koncertach. Czy jeszcze kiedyś zagrają w Poznaniu?

 

Galeria