Matt Dusk w Poznaniu

Matt Dusk w Poznaniu

Kategoria: Muzyka

Autor: Tomasz Katolik

Data publikacji: 2013-11-30

A a

Koncert Matta Duska (25.11.13)  w poznańskiej Sali Ziemi na terenie MTP, odbył się jako pierwszy z całej trasy obejmującej prócz Poznania jeszcze Wrocław, Warszawę i Gdańsk. Wokalista zdobywa od pewnego czasu reputację wykonawcy niewątpliwie nawiązującego do epoki swingu, co potwierdziły dotychczas wydane albumy. Czego zatem słuchacz może się spodziewać, zastanawiałem się przed koncertem, być może prócz swingowych klimatów coś z estetyki cool Cheta Bakera (biorąc pod uwagę ostatni album), a może coś z ocierających się o lżejsze gatunki piosenki rozrywkowej brzmień – bo i takie rzeczy ukazały się w repertuarze dotychczas nagranym przez muzyka. Było wszystkiego po trochu. Jednak po występie pierwsze kroki skierowałem do odtwarzacza, aby na gorąco skonfrontować pokoncertowe wrażenia z dokonaniami gatunku, którego Matt jest admiratorem – swingu. Ten gatunek muzyczny najlepiej czuje się gdy grany jest w dużych składach i  wtedy też najlepiej brzmi. Na poznańskim koncercie jednak, wokalista dysponował zaledwie kwintetem: kontrabas (czasami gitara basowa), perkusja, fortepian, saksofon i trąbka. Zaczęli, po krótkiej rozgrzewce bez wokalu, zadziornie, od dynamicznego klasyka „This Could Be The Start Of Something Big”. Ten sam utwór otwiera jedną z płyt artysty: „Live From Las Vegas” gdzie wokaliście towarzyszy big band, i co tu dużo mówić, pięciu muzyków nie zapewni jednak takiego „wykopu” jak na rzeczonym wydawnictwie. Na tym jednak dość uwag krytycznych ponieważ koncert był niezwykle udany, o czym poniżej. Ledwie wybrzmiał opener już przeszli do „The Coffee Song” – i widz już wiedział, że tych sześciu facetów na scenie zadba o jego godziwą rozrywkę. Co do repertuaru, to artysta przypomniał kilka utworów zawartych na wspomnianym koncertowym albumie, gdzie znajdziemy jego wersje piosenek wykonywanych i przez Tonego Bennetta i Franka Sinatrę jak np. wymienione. Tych dwóch wokalistów zajmuje szczególne miejsce w jego sercu, choć jak powiedział, nie chce tylko kopiować ich brzmienia, ale chce nadać swoim wykonaniom, utworów przez nich śpiewanych, rys oryginalności.. Okazało się, że Matt jest niezwykle sympatyczny, bezpośredni i rozmowny, a w naszym kraju czuje się prawie jak w domu. Jego partnerką życiową jest Polka z Olsztyna, która ma ambicję nauczyć swojego wybranka polskiego, no może tylko podstaw. Matt bowiem wolał komunikować się z publicznością w swoim rodzimym angielskim. Przeplatał więc muzykę opowiadaniami o swoich fascynacjach muzycznych, anegdotami wiążącymi się z pobytem w naszym kraju i guście muzycznym jego mieszkańców, przygodami podczas rejestrowania płyt itd. Atmosfera balansowała od niemal sztubackiej błazenady do refleksji zaprawionej smutkiem, szczególnie wtedy, gdy wspomniał o jakże tragicznej i zarazem niezwykle ważnej dla jazzu postaci – Cheta Bakera. Ostatnia płyta Matta to właśnie songbook składający hołd temu wielkiemu trębaczowi i wokaliście. Usłyszeliśmy więc „My Funny Valentine” i był to chyba ten najlepszy fragment koncertu gdy brzmiały te piękne dźwięki z nieodzowną partią solową trąbki. Koncert jednak trwał nadal i muzycy raczyli dobrze reagującą i rozbawioną publiczność kolejnymi odsłonami swojego talentu : „All The Way”, „Two Shots of Happy, One Shot of Sad"

napisany ku czci Franka Sinatry przez Bono z U2,  "I’m Gonna Live Till I Die”,

 „Back In Town”, „Good News”, „Mack The Knife”, czy własna kompozycja Matta „Five” gdzie zaśpiewał bez udziału swojego combo, wspomagany playbackiem z konsolety. Niestrudzony Matt dawał z siebie wszystko i trzeba powiedzieć, że sprawdzian jakim jest występ na  żywo, całkowicie potwierdził duże możliwości wokalne i profesjonalizm jego, jak również towarzyszących mu muzyków – raz nawet zaśpiewali. Nie mieli oni zbyt wielu partii solowych, choć trębacz (kierownik zespołu) i saksofonista kilka krótkich solówek popełnili. Co do sekcji rytmicznej, wiadomo, ta w swingu musi być bez zarzutu i tak też zagrała – żywo z nerwem. Nieuniknione porównania z Sinatrą, jakie siłą rzeczy przy takim wykonawcy się cisną, są dla Matta jak najbardziej pozytywne. Może to nie ta charyzma co Sinatra, ale słychać, że ma ten artysta potencjał i wiele jeszcze przed nim. Trzeba więc mu życzyć jak najlepiej, ponieważ to pasjonat, a takich ludzi należy cenić – byle tylko nie popadł w popowy banał. Pod koniec koncertu zachęcił, myślę, że ponad tysięczną publiczność, do udania się pod scenę. Wszak swing zawsze był nierozłącznie związany z tańcem – i spory tłum dał się porwać do mniejszych bądź większych podrygów. Zabrzmiały więc na koniec dźwięki sinatrowskiego „My Way” i później hit The Blues Brothers: „Somebody To Love”. Odniosłem wrażenie, że ci co byli, nie żałowali, bo choć listopad twarze były zadowolone.