Muzyczny geniusz z Pipidówy

Muzyczny geniusz z Pipidówy

Kategoria: Muzyka

Autor: Magdalena Brylowska

Data publikacji: 2013-10-14

A a


Większości osób jazz kojarzy się raczej jako ciężki rodzaj rozrywki i nie ma się co oszukiwać czasami faktycznie taki jest, ale jazz ma też to do siebie, że jest nieprzewidywalny, spontaniczny i szczery – dlatego też uważam, że jest niezwykłym nośnikiem emocji i wydobywa z ludzi to, co najlepsze.

Richard Bona genialnym muzykiem jest – i to chyba sprawa oczywista. Mniej oczywiste zaś jest to, co potrafi zrobić z ludźmi, którzy przychodzą na jego koncerty. Jeśli tak wygląda życie w sekcie, to chyba warto się zastanowić nad wstąpieniem do sekty Bony. Już od samego początku można było poczuć atmosferę niezwykłości i kultu, jakim darzony jest ten wbrew pozorom skromny człowiek, bowiem zapowiedział go sam Marcin Kydryński, który specjalnie przyjechał do Poznania, by móc opowiedzieć o nim kilka słów.

Gdy Bona wraz z zespołem pojawili się na scenie i rozbrzmiały pierwsze dźwięki, każdy ze słuchaczy znalazł się na najmniejszym koncercie świata – choć Sala Ziemi do najmniejszych nie należy, muzycy stworzyli tak intymny nastrój, jakby grali dla każdego z osobna. Stworzyli idylliczny scenariusz, w którym każdy z osobna mógł zatopić się w miękkim fotelu, wpatrywać w scenę, słuchać muzyki, która wręcz pieściła z każdym kolejnym dźwiękiem serce i duszę. Bona zaraził wszystkich swoją energią i zabrał do swojego świata, w którym nie ma trosk i żyją sami dobrzy ludzie. Myślę, że z taką charyzmą i usposobieniem mógłby rozwiązać bez użycia broni nawet konflikt zbrojny, bo obok muzyki gwiazdą wieczoru był właśnie on. Zazwyczaj przeszkadza mi, gdy muzycy podczas koncertu za dużo mówią, ale też w większości przypadków ich gadanina zbyt wiele nie wnosi, tutaj było wręcz na odwrót, jego żartów i anegdot słuchało się z przyjemnością, cała sala się śmiała i czerpała przyjemność z obcowania z tym cudownym człowiekiem.

Muzyczna podróż dookoła świata zorganizowana przez dwóch Amerykanów, Kubańczyka, Holendra i Kameruńczyka obejmowała rytmy kubańskie, brazylijskie, afrykańskie, francuskie i oczywiście polskie, bowiem Bona zaśpiewał piosenkę „po polsku”. Obiecywał, że zaśpiewa i w końcu publiczność doczekała się, utwór był w stu procentach improwizowany, a polskim akcentem był sprzęt do nagrywania głosu oraz słowa „żurek, pierogi, bimba i wódka”, przy okazji artysta wyznał, że jego ulubionym polskim słowem jest „pipidówa” i że sam pochodzi z Pipidówy wprawiając wszystkich w rozbawienie.

Nie wiem jak to się stało, ale podczas koncertu można było nabawić się rozstroju emocjonalnego, bowiem muzycy przeplatali utwory bardzo smutne i nostalgiczne z tymi żywiołowymi, które przyczyniały się do ogromnych uśmiechów na twarzach. Podczas tych drugich, zarówno Bona jak i pozostali muzycy angażowali publiczność, każąc im to śpiewać, to klaskać, to pstrykać palcami. Mimo tak wielu aktywności ten wieczór był jak pobyt w SPA, i chyba nie było na sali człowieka, który by się sam do siebie nie uśmiechał.

Ten koncert był jak pocięcie na kawałki wszystkich koncertów, na których byłam, wybranie najlepszych fragmentów i złożenie ich w jedną całość. Myślałam, że nigdy nie będę na koncercie, na którym wszystko będzie mi się podobało, jestem wybredną istotą i zawsze się do czegoś przyczepię, ale tutaj nie było się, do czego przyczepić. To było idealne i wychodząc z koncertu byłam zarazem przeszczęśliwa i zrozpaczona. Przeszczęśliwa z oczywistych względów, zaś zrozpaczona, bo nie wiem, kiedy znów Richard Bona zagra w Poznaniu. Każdy następny koncert, na jaki się wybiorę będę porównywała do tego właśnie i nie wiem, kiedy uda się komuś go przebić, bo to było jedno z tych wydarzeń, które wywołują na twarzy szczery uśmiech i wprawiają w błogostan.



















Zdjęcia: Jacek Zentkowski.