Onirycznie, lirycznie, perfekcyjnie – Stacey Kent w Poznaniu

Onirycznie, lirycznie, perfekcyjnie – Stacey Kent w Poznaniu

Kategoria: Muzyka

Autor: Magdalena Brylowska-tekst, Jacek Zentkowski-zdjęcia

Data publikacji: 2013-11-24

A a

Czy można spędzić dżdżysty, mglisty i chłodny piątkowy wieczór w lepszy sposób niż słuchając jazzu? Dodam, że jazzu z najwyższej półki, gdzie nie tylko wokal jest niesamowity, ale też muzyka. Gdzie na scenie spotykają się wspaniali muzycy, którzy z racji, iż nagrywają z sobą od lat doskonale wiedzą, jaki może być następny ruch drugiej osoby. Chyba nie można, a z pewnością nie powinno się rezygnować z takich okazji.

Gdy Stacey Kent wychodzi na scenę sprawia wrażenie małej, zagubionej kobietki, niczym filmowa Amelia, uśmiechnięta, lecz jakby nie do końca pewna siebie. Wraz z pierwszymi dźwiękami muzyki rozluźnia się i w pełni oddaje temu, co dzieje się na scenie. A dzieje się sporo, bo towarzyszą jej wspaniali muzycy z jej mężem,  Jimem Tomlinsonem na czele. 

Pod względem muzycznym ten koncert był perfekcyjny, w końcu na scenie nie znaleźli się przypadkowi ludzie tylko wybitni jazzmani. Więc dla uszu to doświadczenie było czymś wspaniałym, same czyste dźwięki, wymyślne solówki i przechodzenie z jednego utworu w następny. Zresztą nie można odmówić Kent niebywałego uroku osobistego, którym oczarowała publiczność. Zaś jej głos ciepły, miękki otulał zmęczone dusze niczym ciepły i miły w dotyku koc. Myślę, że nie bez powodu jej wokal jest porównywany do  Billie Holiday, Elli Fitzgerald, czy nawet do   Nat King Cole, bo śpiewa tak jak on czysto, wyraźnie, w tonie przypominającym rozmowę.

Podczas koncertu Kent wspominała swój ostatni koncert w Poznaniu, było to wiosną, padał deszcz, a wszyscy stali pod parasolami, przyznała, że ten obraz zajmuje ważne miejsce w jej sercu. Tamten widok był niesamowity do tego stopnia, że do dziś zarówno ona jak i muzycy bardzo ciepło to wspominają. Tym razem, co prawda była tylko mżawka, i zamiast wiosny mamy jesień, ale myślę, że muzycy i tak będą myśleć o tym wieczorze jako o bardzo udanym.

Wizyta muzyków była spowodowana wydaniem ostatniej płyty "Changing Lights", zatem podczas koncertu dominowały utwory właśnie z tego krążka. Można było usłyszeć zarówno standardy jazzowe, jak i piękne bossa novy, było i lirycznie i energetycznie, jednak z przewagą tego pierwszego. Nie zabrakło oczywiście największych przebojów wokalistki z moimi ulubionymi utworami „So Nice” i „The Ice Hotel” na czele.

Choć koncert uważam za udany i przepiękny, to momentami za sprawą ich perfekcjonizmu był nudny, zabrakło w tym wszystkim pierwiastka ludzkiego. Było tak idealnie, jakby ktoś włączył płytę i ustawił muzyków na scenie by byli aktorami, którzy mają wczuć się w role muzyków. Oczywiście to tylko moje subiektywne zdanie, bowiem uważam, że na koncertach powinno iskrzyć, powinna być chemia między artystą a słuchaczem, by jeden czerpał energię od drugiego. Zaś tutaj tego brakowało, było perfekcyjnie, przepięknie, nastrojowo i lirycznie, ale chyba trochę bez emocji.