Progresywne dźwięki, a ile wrażeń! Czyli Riverside w Eskulapie - relacja

Progresywne dźwięki, a ile wrażeń! Czyli Riverside w Eskulapie - relacja

Kategoria: Muzyka

Autor: tekst: Jaromir Mitkiewicz; zdjęcia: Karol Cichoński

Data publikacji: 2014-04-30

A a

                  Rzadko trafiają się koncerty, po których dochodzimy do siebie przez kilka kolejnych dni. Rzadko trafiają się takie, po których nie jesteśmy w stanie obiektywnie ocenić występu. Równie rzadko koncerty  potrafią nas zadowolić w stu procentach. Jednak „rzadko” nadal się zdarza! Takie rzadkie widowisko miało miejsce w czwartek 24 kwietnia w Eskulapie. Był to koncert polskiego zespołu o światowej sławie – Riverside. Band, który robił już na mnie wrażenie wiele razy, zdołał to powtórzyć zaledwie kilka dni temu. Jak wspomniałem wyżej to jest jedno z tych wydarzeń, którego nie da się opisać do końca obiektywnie.
              Na początek poświęcę trochę uwagi zespołom, które wystąpiły jako suport. Mianowicie Retrospective i Xposure. Niestety tylko pierwszy zespół, był w stanie przykuć moją uwagę. Pewnie ma to związek z tym, iż panowie pochodzący z Leszna, grają w bardzo podobnym klimacie do Riverside. Do tego dodajmy duży potencjał, utalentowanych muzyków oraz spore „ogranie” na scenie, a otrzymamy naprawdę dobry koncert. O Xposure, który stawia obecnie pierwsze kroki na polskiej scenie muzycznej tyle dobrego powiedzieć niestety nie mogę, choć naprawdę bym chciał. Wokal który wydawał mi się ciekawy, na żywo okazał się dość przeciętny, żeby nie powiedzieć nijaki. Kompozycje też nie powalały, ale żeby nie być nadto krytycznym powiem, że utwór zagrany na sam koniec był na tyle ciekawy, że poderwałem się z ciepłego miejsca na schodach, aby lepiej go słyszeć.

                Wraz z ostatnim dźwiękiem zagranym przez Xposure, zaczęło się oczekiwanie na gwiazdę wieczoru – Riverside. Oczekiwanie to trwało co najwyżej dwadzieścia minut. Oczekiwanie umilane dźwiękami Night session – specjalnego nagrania dostępnego na wersji deluxe ostatniego krążka: Shrine Of New Generation Slaves, tak bardzo promowanego przez ostatnie półtora roku, który swoją drogą okazał się sporym przełomem w karierze zespołu. A oczekiwanie tylko wzrastało. I w końcu równo o 21:00, na scenie pojawili się muzycy z Warszawy. Zaczęli kompozycją New generation slave, która w mojej opinii jest jedną z najlepszych na tej płycie. Później kolejne dwa utwory z tego samego albumu: The depth of self-delusion i Feel like falling. Jak do tej pory dokładnie to samo co w zeszłym roku. Czwarty utwór natychmiast to zmienił. Out of myself – czyli najlepsza kompozycja zespołu, w moim mniemaniu – spotkała się z niesamowicie gorącym przyjęciem. Mały powrót do dawnych utworów zawsze mile widziany, a na tym koncercie tych powrotów było naprawdę sporo. Acronym Love, Reality dream III czy Goodbye sweet innocence sprawiło, że poczułem jakbym cofnął się kilka lat wstecz, kiedy to pierwsze trzy płyty Riverside były jedynymi, które na przemian umieszczałem w mojej małej, skromnej wieżyczce. Po tym oderwaniu się od rzeczywistości, mogliśmy usłyszeć kolejne kawałki z dotychczasowego dorobku artystów, na zmianę z tymi najnowszymi, tylko po to, żeby przed zejściem ze sceny zagrać cudowne Escalator Shrine. Na całe szczęście Mariusz Duda i spółka mieli w zanadrzu jeszcze trzy utwory. Swoją drogą na każdym koncercie robią dokładnie tak samo. Miejmy nadzieję, że z czasem zaczną zaskakiwać i w tej materii. Tak czy inaczej bisowe granie, a co za tym idzie, cały występ zakończyli z Second life syndrome.

                      Set lista była całkiem urozmaicona, a to bardzo cieszy. Co cieszy bardziej? Widok Riverside, który z czasem coraz bardziej się rozwija. Pamiętam pierwsze koncerty, na których miałem okazję być. Ciężko to porównać do obecnego grania . Pozytywna atmosfera całego zespołu, zawsze udziela się widzom. Czwartkowy koncert był jednym z tych, po których nie tylko muzyka cieszyła. Naprawdę widać, że Riverside stara się integrować z publiką, co strasznie doceniam. Fakt, czternaście lat grania na wielu scenach daje pewien komfort, ale to nadal nie zmienia faktu, że trzeba doceniać swoich słuchaczy, żeby móc się z nimi w pewnym sensie związać. Od tego zespołu, czuje się szacunek, a widzi się włożony w granie wysiłek. Muszę tu nadmienić, że ten wysiłek powyższym muzykom był bardzo potrzebny na ostatnim koncercie. Eskulap znów „zadbał” o odpowiednią temperaturę na sali. Tym razem zamiast grubych bluz powinni byliśmy zaopatrzyć się w chłonne ręczniki. Tak czy inaczej nie umiem jednym słowem opisać wrażenia, które odniosłem na tym koncercie. Może dlatego, że wciąż jaram się tym dwu-godzinnym graniem które nam tam zaserwowali. Może dlatego, że tego zespołu nie da się ocenić jednym słowem. A może zwyczajnie dlatego, że nie jestem do tego stworzony. Wiem tylko, że na pytanie: czy warto słuchać Riverside?, odpowiedziałbym stanowczo: WARTO!

Galeria