Przedsmak Jazz Jambore w Poznaniu - koncert Kevina Mahogany

Przedsmak Jazz Jambore w Poznaniu - koncert Kevina Mahogany

Kategoria: Muzyka

Autor: Tomasz Katolik

Data publikacji: 2013-12-17

A a

Kevin Mahogany to w jazzowej wokalistyce dzisiejszej doby niekwestionowany wykonawca pierwszego planu. Koncert artysty takiego formatu zbiegł się szczęśliwie z przypadającą piętnastą rocznicą działalności poznańskiego klubu Blue Note. Trudno o bardziej adekwatny wybór, aby uświetnić działalność takiej marki jak Blue Note - kojarzonej na całym świecie z perfekcyjnie granym, a w tym wypadku i śpiewanym, jazzem. Tak więc spragnieni usłyszenia jazzu, tak właśnie wykonywanego, mieli na to okazję 13 grudnia bieżącego roku. Należy dodać, że Kevin Mahogany jest gwiazdą tegorocznej, pięćdziesiątej piątej już, edycji festiwalu Jazz Jamboree, a poznański koncert odbył się wcześniej niż warszawski występ artysty – poznaniacy powinni być zatem usatysfakcjonowani. Wokaliście towarzyszył klasyczny jazzowy kwartet: fortepian, saksofon, kontrabas i perkusja. Muzycy, to polscy jazzmani, których osiągnięcia tu wymieniane zajęłyby zbyt dużo miejsca, powiem więc tylko, że są to Kuba Stankiewicz, Maciej Sikała, Wojciech Pulcyn i Sebastian Frankiewicz. Nie mogę jednak nie wymienić ich wspólnego dzieła, wydanego w zeszłym roku albumu „Spaces”, który wypełniony jest, jak tytuł zwiastuje, pięknym, przestrzennym jazzem, a firmowany przez Kubę Stankiewicza. Płyta jest świetna, nie ma na niej słabego punktu, ma troszkę „europejskie” brzmienie (słychać inspirację muzyką klasyczną), świetne kompozycje nie pozbawione są jednak swingu. Wracając do koncertu - skład zespołu niejako z góry gwarantował znakomitą muzykę i co tu dużo mówić, tak było w istocie. Stylistycznie i repertuarowo była to klasyka jazzu grana nieodzownie ze swingiem i od czasu do czasu nasycona bluesem. Zaprzysięgłych zwolenników ostrego bopu, nie mówiąc już o free, jest zapewne na koncertach z wokalistą mniej, co zrozumiałe, gdyż wokalistyka jazzowa zawsze siłą rzeczy była bliżej tradycji – i taka estetyka właśnie dominowała na koncercie. Kevin Mahogany śpiewa barytonem o ciepłym, gładkim brzmieniu. W shoutera zamienia się rzadko, ale lubi śpiewać scatem. Właśnie wtedy można było przekonać się o jego klasie, kiedy jego głos zamieniał się w improwizujący instrument. Włada głosem doskonale, nie da się wychwycić, jakichś uchybień, a to przecież występ „na żywo” nie w studio. Po każdej piosence rozbrzmiewały więc gromkie oklaski. Muzycy, choć nie czarnoskórzy, grali również bez zarzutu – często chwaleni przez lidera, uważnie słuchającego ich popisów. Nie muszę chyba wspominać, że były te popisy nagradzane owacjami żywo reagującej publiczności. Kuba Stankiewicz to raczej romantyk fortepianu, gdyby było mu bliżej choćby do Oscara Petersona, może koncert byłby bliższy ideału. Co do Macieja Sikały, to gra bardzo okrągłym, potoczystym tonem, jakby bez wysiłku, może odrobina więcej drapieżności wyszłaby tej muzyce bardziej na dobre, ale czepiam się, bo koncert niezwykle mi się podobał. Sekcja rytmiczna napędzała tę swingową maszynerię, że aż chciało się słuchać, a podczas obowiązkowych solówek przykuwała uwagę: co też zagra, aby zaciekawić. Kevin Mahogany to mężczyzna o potężnej sylwetce, trochę budzący respekt, ale zarazem skłonny do żartów - przyznał, że źle znosi naszą dwustopniową pogodę, nie pozostawało mu więc nic innego jak przywołać trochę brazylijskiego klimatu śpiewając niezapomnianą „Girl From Ipanema”. Kilkakrotnie zabrzmiały świetne bluesy „Route 66”, czy davisowski „All Blues”. Jednak nic nie wzbudziło takich owacji jak wykonanie słynnego „Take The A-Train” z brawurową partią scatu i popisami instrumentalistów. Po przerwie zabrzmiał wiekopomny „Goodbye Pork Pie Hat” tworząc niezapomniany nastrój.

Utwory były wykonywane w dość długich wersjach tak, aby pianista i saksofonista mogli w pełni zaprezentować swoje umiejętności. Fantastyczny był duet wokalno-perkusyjny, kiedy to lider „inspirował” perkusistę rytmicznie scatując a ten w lot rozwijał pomysł i puszczał pałeczki w ruch, ku wielkiej uciesze zgromadzonych – miało się wrażenie, ze to rodzaj „sprawdzianu” z którego drummer wyszedł oczywiście zwycięsko. Za chwile podobna „próba” pod czujnym okiem lidera czekała na kontrabasistę – szarpiąc bas stworzył podkład do powoli wyłaniającego się, wspomnianego „All Blues” z kapitalnym śpiewem lidera, a po chwili świetnie improwizującym pianistą i czadową solówką saksofonu – magiczna chwila. Mimo, że koncert nie był krótki trwał co najmniej 1.5 godziny, tak dobrych muzyków mogłoby się słuchać całą noc. Cóż nieubłaganie koncert zmierzał ku końcowi. Lider podziękował muzykom, bo rzeczywiście byli świetni. Pod koniec zabrzmiała wzruszająca ballada „My Romance” z piękną grą Kuby.

Przy kolejnym dynamicznym kawałku Kevin zachęcił publikę do pomocy i zaangażowania się w roli sekcji rytmicznej. Dawno tak się świetnie nie bawiłem, i myślę, że ci którzy koncertu wysłuchali podzielają moją opinię. Oby takich koncertów więcej.

Galeria