Relacja z koncertu Ani Rusowicz

Relacja z koncertu Ani Rusowicz

Kategoria: Muzyka

Autor: Kuba Krzyżański

Data publikacji: 2014-03-04

A a

Już same płyty świadczą o tym, że za muzyką Ani Rusowicz kryje się autentyczna pasja. Jednak dopełnieniem jest obejrzenie koncertu wokalistki na żywo. W Poznaniu mieliśmy tę okazję 2 marca w klubie Blue Note. Frekwencja była duża, choć początkowo zadziwiła mnie tak duża ilość stolików tuż pod sceną. Pamiętam energetyczny występ Ani na zeszłorocznych imieninach ul. Św. Marcin, szalejącą publiczność, a tymczasem klub przygotowano tak, jakby miał się tu odbyć stateczny recital.

Na szczęście, scena wyglądała zupełnie inaczej. Psychodeliczne wizualizacje, orientalny, wiszący gong i długowłosy zespół, rozpoczynający grę – widząc to uspokoiłem się, że nie pomyliłem daty koncertu. Po chwili pojawiła się Ania i po krótkim powitaniu, wykonała „Anioły”. Od razu zapowiedziała, że tego wieczoru skupi się wokół swej najnowszej płyty „Genesis”, i – faktycznie – zespół nie pominął ani jednego utworu z krążka. Już przy jego recenzowaniu nie kryłem swego entuzjazmu wobec nowego repertuaru Rusowicz, ale na żywo zyskał on zupełnie nowy, świeższy oddźwięk. Nawet „Mantra”, do której początkowo podchodziłem sceptycznie, tu okazała się egzotyczną podróżą, ubarwioną dłuższą solówką, partią mandoliny, czy transowym tańcem wokalistki. Swoją drogą, śmiem twierdzić, że Ania jest jedną z najlepiej ruszających się na scenie polskich wokalistek. Nie można oderwać od niej wzroku. Jej big-bitowe pląsy z lat 60-tych nie są pretensjonalnym, wyuczonym układem, tylko zabawą, luzem, stanowią naturalne wzbogacenie utworów.

Niesamowicie wypadło „Tango śmierci” – piosenka otwierająca płytę.

Ze wzmocnioną gitarą i perkusją numer ten wiele zyskał. Porównywanie brzmienia zespołu do The Doors nie jest żadnym świętokradztwem, tylko zwyczajnym stwierdzeniem faktu. Muzycy wzorują się na największych klasykach rockowego grania i wychodzi im to naprawdę dobrze. Publiczność nieco rozkręciła się podczas „To co było”, nieśmiało dołączając do Ani podczas refrenów (w tym przypadku wizualizacji towarzyszył również tekst piosenki).

W setliście pojawiły się również dwa ciekawe covery – „Somebody To Love” Jefferson Airplane i „Come as You Are” Nirvany. O ile wybór pierwszego jest dość oczywisty, a Grace Slick wydaje się być główną inspiracją Ani, oczywiście obok jej mamy, tak drugi to oryginalna ciekawostka – połączenie grunge’u z rockiem psychodelicznym.

Po wykonaniu większości materiału z „Genesis”, przyszedł czas na starsze utwory, a zwłaszcza przebojowe numery Ady Rusowicz. „Za daleko mieszkasz miły” i „Nie pukaj do moich drzwi” postawiły na nogi nawet najwytrwalszych „stolikowiczów”.

Wydarzyło się to jednak już w części bisowej – zespół bisował nawet dwa razy, gdyż najwytrwalsi fani nie pozwolili im opuścić sceny. Na sam koniec Ania zaśpiewała „Co z tego mam?”, mówiąc, że to chyba najbardziej osobisty tekst, jaki napisała do tej pory. Utwór na pożegnanie po raz ostatni wprowadził wszystkich w magiczny, hipisowski nastrój.

Po koncercie najwytrwalsi fani doczekali się spotkania z wokalistką, zdjęć i autografów. Zakończę, być może mało profesjonalnie, ale krótko i zwięźle: Ania jest super!

 

Galeria