Robert Plant w Dolinie Charlotty, 21 lipca 2015 r.

Robert Plant w Dolinie Charlotty, 21 lipca 2015 r.

Kategoria: Muzyka

Autor: Magdalena Heruday-Kiełczewska

Data publikacji: 2015-07-30

A a

Ostatnim wydarzeniem w ramach 9 Festiwalu Legend Rocka był koncert Roberta Planta, wokalisty Led Zeppelin, któremu od kilku lat towarzyszy zespół The Sensational Space Shifters. Właściwie należałoby powiedzieć, że odbył się on pod szyldem Charlotta Rock Festival, Sir Robert bowiem zasugerował zmanię nazwy, stwierdzając, że nie uważa się za legendę i jest „aktywnym, młodym muzykiem”. 8 tys. widzów mogło się przekonać, że mówił to nie bez kozery.

Zacząć trzeba jednak od tego, że mało brakowało a koncert w ogóle by się nie odbył. Od godzinie 17:00 wszyscy jadący w kierunku Doliny Charlotty widzieli zalewający ulice deszcz, który zalał również sprzęt muzyczny przygotowany na scenie. Plant wstępnie kazał odwołać koncert, na szczęście jednak niebo się rozpogodziło, choć na teren amfiteatru można było wejść później niż planowano.

Piętnaście minut przed 22:00 na scenę weszli muzycy i bez zapowiedzi zaczęli od energicznego zeppelinowskiego utworu „Trampled Under Foot”. Widownia natychmiast podniosła się z krzeseł i tak już została do końca koncertu. Uśmiechnięty Plant powitał potem wszystkich słowami „Panie i panowie, dobry wieczór. To dobrze znowu być w Polsce. Mieliśmy ten cholerny deszcz, ale wiatr przegnał wszystkie chmury i mamy wspaniały koncert”. Potem zabrzmiało „Turn It Up” z zeszłorocznej znakomitej płyty „Lullaby and… The Ceaseless Roar”. Następnie rozległ się dawny przebój „Black Dog” ze zmienionym riffem, co jednak nie przeszkadzało w żadnym razie a dało się w nim wyczuć energię, która niosła tłumy czterdzieści lat temu. 

„To wszystko to mieszanka trochę nowego, trochę starego, przeszłości, teraźniejszości, wspomnień, ale teraz zagramy coś z nowej płyty” – zapowiedział Plant i po chwili wszyscy wyklaskiwali rytm z piosenki „Rainbow”, po której nastąpiła „The Rain Song”, piękna ballada zagrana właściwie bez zmian, niemal tak jak na albumie „Houses of the Holy”. Patrząc z daleka na Roberta Planta miało się wrażenie, że mimo siwych włosów bardzo przypomina tamtego dwudziestoletniego charyzmatycznego wokalistę, którego głos w piosence brzmiał tu prawie niezmieniony. Potem była „The Wanton Song”, bluesowa piosenka „Spoonful”, „No place to go” mieszało się z „Dazed and Confused”, „Little Maggie”, tradycyjna pieśń zamieszczona na ostatniej płycie zabrzmiała zaskakująco elektronicznie. Później znów nastąpił powrót do twórczości Led Zeppelin z „The Lemon Song” i kolejny blues „Fixin’ To Die”, który przeszedł w „I Just Wanna Make Love To You” połączony z „Whole Lotta Love”. Ta ostania piosenka zaskoczyła słuchaczy łącząc się z fragmentami innych utworów jak „You Need Love” czy „Mona” i powracając do głównego refrenu. Mimo tych zmian zachowała nadal niezwykłe i mocne rockowe brzmienie. Na bis zagrano utwór gospel „Satan Your Kingdom Must Come Down” z fragmentem „In My Time Of Dying” z repertuaru Led Zeppelin. Na drugi bis Robert Plant wyszedł z butelką polskiego piwa w ręku i zaśpiewał utwór „Rock and Roll”.

Plantowi towarzyszył znakomity zespół – The Sensational Space Shifters, który potrafił grać bardzo mocno, momentami ciężko, momentami niezwykle nowocześnie sięgając po elektronikę, bluesa, muzykę afrykańską czy elementy muzyki irlandzkiej i przede wszystkim starego dobrego rock and roll’a.

Podczas półtoragodzinnego koncertu mieszała się współczesność z przeszłością, bluesowe standardy w nowych aranżacjach z wielkimi przebojami ołowianego sterowca. Robert Plant, w świetnej kondycji, żartował z publicznością, posyłał całusy i uśmiechał się pokazując, jak wielką radością jest dla niego muzyka i kontakt z tymi, którzy jej słuchają. Jego głos nie jest już tak dźwięczny jak dawniej, nie ma się jednak czemu dziwić po prawie pięćdziesięciu latach na scenie. Na widowni obok siebie stali przedstawiciele przynajmniej dwóch pokoleń – zarówno osoby bardzo młode, które muzykę Planta znają z radia czy You Tube, jak i te, które czterdzieści lat temu marzyły by znaleźć się na koncercie Led Zeppelin.

Z pewnością wielu osobom zabrakło piosenek „Stairway To Heaven” czy „Kashmir”. Osoby śledzące jednak solową karierę Planta wiedzą, że będąc obecnie w trasie po niemal całym świecie śpiewa to na co ma ochotę, a nie chce żyć tylko przeszłością. Nie oczekujmy więc wskrzeszania czegoś co minęło.

Plant pokazał co jest jego teraźniejszością – czerpie nadal z dziesięciu lat w Led Zeppelin, jednak ciągle zafascynowany jest nową muzyką, nowymi poszukiwaniami i aranżacjami a przy tym sięga do tego co go ukształtowało, czyli bluesa. I dobrze, że tak jest. Był to taki koncert, o którym myśli się jeszcze długo po powrocie z Doliny Charlotty.