ROCKET FESTIWAL-pierwsza odsłona w poznańskiej Hali Arena-relacja

ROCKET FESTIWAL-pierwsza odsłona w poznańskiej Hali Arena-relacja

Kategoria: Muzyka

Autor: tekst: Zuzanna Burghardt; zdjęcia: Jacek Zentkowski

Data publikacji: 2014-02-25

A a

W zapowiedzi z pełnym przekonaniem napisałam, że 22 lutego poznańska Arena zapłonie niczym stodoła z piosenki Czesława Niemena. Nie pomyliłam się.  Przez pół dnia ta kultowa koncertownia świeciła żywym ogniem polskiego rocka.

Cały festiwal rozpoczął się niemal punktualnie, za co na samym wstępie należą się ogromne brawa dla organizatorów. Wrota Areny zostały odpowiednio wcześnie otwarte, a już sekundy po 15 na scenie zagościła poznańska kapela. Lola Lynch wraz z zespołem częstowała nas pierwszymi dźwiękami.  I to nie byle jakimi. Oprócz bardzo charakterystycznego głosu wokalistki i jej małych układów choreograficznych, zespół pokazał się od najlepszej „muzycznej” strony. Mieszanka rocka alternatywnego rodem z Wielkiej Brytanii oraz USA była słyszalna jeszcze wyraźniej, niż w trybie audio. Nie zabrakło również obiecanej psychodeli.

Zdecydowanie jedną z mocniejszych stron ROCKET FESTIWALU był koncert Krzysztofa Zalewskiego. Ledwo wszedł na scenę, ledwo chwycił gitarę i zaczął śpiewać, a już zawładnął sercami całej publiczności. Energia, która emanowała z drugiej strony miała swoje odbicie w ludziach, których nogi same rwały się do tańca. Zalewski zmieniał co jakiś czas instrumenty, z gitary akustycznej, na elektryczną i z elektrycznej na klawisze, co potwierdziło  moje oczekiwania związane z jego „multiinstrumentalnym” popisem. Podczas tego krótkiego koncertu zabrzmiało wiele kawałków z jego nowej płyty, której swoją drogą nie omieszkam kupić. Jaśniej zrobiło totalny szał, a cover Nie pytaj o Polskę był absolutnie doskonały. Z ogromną niecierpliwością czekam na jego kolejne koncerty.

Zaraz po Zalewskim na scenie pojawił się Dawid Podsiadło. I tu raczej nie spodziewałam się wiele. Wzruszył mnie jedynie motyw ubioru Podsiadły oraz całego zespołu. Na ubraniach wykonawców zagościły barwy Ukrainy, a sam wokalista zadedykował piosenkę walczącym na Majdanie powstańcom, którą napisał do filmu „Kamienie na szaniec”. Nie ujmując umiejętności Dawidowi Podsiadle, bo te bezdyskusyjnie posiada, cały koncert był dosyć smętny, a szczerze mówiąc liczyłam na odrobinę więcej energii.

Za dwóch jednak tej potrzebnej energii dostarczył publiczności Kamil Bednarek. Mimo rzeszy młodych fanek wykrzykujących przez cały koncert wszystkie teksty jego piosenek, docierały do mnie pozytywne dźwięki ze sceny. Bednarek przez cały koncert zwracał się do publiczności „ej Załoga!” i nie stanął bez ruchu nawet na chwilę. Mimo, że tym razem nie popisał się swoim niesamowitym wokalem, a bardziej skupił się na przesłaniach o miłości, pokoju, wolności i przyjaźni, odebrałam jego nowy projekt naprawdę bardzo dobrze. Na scenie nie zabrakło także brzeskiego rapera Staf’a, który towarzyszył Kamilowi podczas kilku piosenek.

Po kolejnym płynnym przejściu oraz przetasowaniu publiczności, gdzie młodzież ustąpiła miejsca starszym już punkom,  na scenie w końcu pojawiło się legendarne Farben Lehre. Choć koncert ich nie różnił się specjalnie od innych dawanych w ostatnim czasie, to była ta sama, dobrze znana moc. Terrorystan, Kwiaty, Spodnie z GS-u zabrzmiały na nowo po 20 latach w poznańskiej Arenie. Wydawała się być stęskniona, bo pogo pod sceną było nie z tej Ziemi.

Nadszedł czas na spektakl. Bo tak należałoby nazwać to, co dzieje się na scenie podczas koncertów Comy. Według mnie ich występ był zdecydowanie najlepszym punktem wieczoru. Rogucki dodawał do każdej piosenki odpowiednią dawkę dramatyzmu, tym samym w genialny sposób manipulując emocjami publiczności. Im głośniej śpiewał, im bardziej krzyczał, im mocniej grał zespół, tym atmosfera wydawała się być bardziej wzniosła. Pod koniec każdej piosenki emocje sięgały zenitu i miało się wrażenie, że publiczność już nad sobą nie panuje. Coma zdecydowanie była gwiazdą poznańskiego ROCKET FESTIWALU.

Ostatnim zespołem grającym pod dachem  Areny była Luxtorpeda. Z racji nagrywania płyty w studio w Gdańsku spóźnili się na festiwal i próbę dźwięku robili bezpośrednio przed koncertem. Taka sytuacja nie powinna mieć w ogóle miejsca, ale powyższe okoliczności były w stanie ich usprawiedliwić . Poza tym przeprosili publiczność, szybko ogarnęli próbę i zaczęli grać. Mając w pamięci koncert z Woodstocku spodziewałam się większej energii płynącej ze sceny. Nie zawiodłam się, ale po ich koncercie czuję pewien niedosyt. Lica urzekł mnie, kiedy poprosił o chwilę ciszy i zapalenie symbolicznych „światełek” dla walczących na Ukrainie. Zaraz potem zadedykował im kawałek "Za wolność" i wtedy już do szpiku kości poruszył całą publiczność.

Rocket Festiwal oceniam bardzo dobrze. Obawiałam się, że tak duże zróżnicowanie pod względem muzycznym może nie wypalić, ale koniec końców dobór artystów okazał się trafny. Jeżeli chodzi o organizatorów, nie mam zupełnie nic do zarzucenia. Każdy koncert zaczynał się punktualnie, a cały festiwal przebiegał naprawdę płynnie, co jest zdecydowaną rzadkością wśród takich imprez. Teraz zostało tylko czekać kolejny rok, albo… Ruszyć do dwóch pozostałych miast. Osobiście spasuję, ale tych bardziej głodnych wrażeń zachęcam w najbliższym czasie do odwiedzenia Gdyni lub Warszawy. Albo obu miast na raz. Bo warto!

Galeria