Rodzinna firma Waglewskich-relacja z koncertu w klubie Eskulap

Rodzinna firma Waglewskich-relacja z koncertu w klubie Eskulap

Kategoria: Muzyka

Autor: tekst: Tomasz Katolik; zdjęcia: Jacek Zentkowski

Data publikacji: 2014-03-09

A a

Koncert grupy Waglewski, Fisz, Emade, który odbył się w zeszły piątek (07.03.14) w „Eskulapie”, zgromadził wielopokoleniową publiczność. Organizatorzy nie mogli narzekać – klub „trzeszczał w szwach”, tak więc pewne niedogodności związane z powszechnym ściskiem na widowni, musiała zrekompensować muzyka. Na szczęście tych trzech wykonawców i towarzyszący im muzycy bez trudu przekonali zebranych do swoich propozycji. Program koncertu koncentrował się głównie, ale nie tylko, na utworach z najnowszego wydawnictwa: „Matka, Syn, Bóg”.

 Po owacji publiki na powitanie, zaczęli od otwierającego wspomnianą płytę utworu „Pocisk”. Warstwa tekstowa przywołuje skojarzenia z filmem drogi, a w warstwie muzycznej, działo się oczywiście świetnie i wokalnie, i ze zgrabnie wplecioną solówką pianina, oraz już na wstępie budzącą zaufanie poprawną grą sekcji rytmicznej, którą tworzą dwaj synowie znakomitego ojca – Fisz i Emade. Kolejny utwór to swego rodzaju „endless boogie”, wydłużone w wersji koncertowej, trochę inspirowane twórczością Johna Lee Hookera, pt. „Posłuchaj”, w którym lider popisywał się bluesową techniką „slide guitar”, a pianista, czyli Mariusz Obijalski, zagrał znów, wykorzystując akustyczne brzmienie, partię solową. Zagrany transowo, z prostym zaraźliwym riffem „Ojciec”, w którym głównie udzielał się wokalnie Fisz, spodobał się również publiczności, szczególnie mądry tekst o przemijaniu i  nieuniknionym kresie. Następnie zabrzmiał nastrojowy „Syn” z subtelnym użyciem elektroniki, której niewiele w muzyce tej formacji, użytej czasem jako ornament, przeważa żywe brzmienie, można powiedzieć, że wręcz archetypowe, sięgające stylistycznie do bluesa, country oraz przede wszystkim szczerego rock’n’rolla. Można więc stwierdzić, że brzmieniu ton nadaje gust seniora – rockmana z krwi i kości. Wpływy hip-hopu, przynajmniej na koncertach, prawie niezauważalne. Urok koncertów ma to do siebie, że siłą rzeczy brzmienie staje się surowsze, mniej w nim „roboty studyjnej” i aranżacyjnych smaczków. Rekompensuje ten stan rzeczy większa „brutalizacja” brzmienia, wydłużone partie instrumentalne, oraz większa swoboda improwizacyjna muzyków. Tak też było i na tym koncercie, czego zbytnio nie łagodził odzywający się od czasu do czasu dźwięk skrzypiec, zaproszonej do składu przedstawicielki płci pięknej, a grającej właśnie na tym szlachetnym instrumencie. Jeżeli wliczyć jeszcze jednego muzyka grającego na dodatkowych perkusjonaliach, to grupa wystąpiła w sekstecie, co niewątpliwie brzmieniowo wyszło na korzyść. Kolejny kawałek „Trupek” ze świetnym, zabawnym tekstem, ze szczyptą cynizmu i znakomitą grą lidera na gitarze. Muszę powiedzieć, że Wojciech Waglewski to wspaniały muzyk o oszczędnym, pełnym smaku stylu, do tego bardzo dobry technicznie – czy w rockowych, mocnych kulminacjach, czy w bluesowych zagrywkach – słucha się go wyśmienicie. Oby więcej takich muzyków !

Koncert nieuchronnie zbliżał się do końca, jednak uraczona zagranym niemal w całości najnowszym albumem, publiczność bawiła się coraz lepiej, jakby tego nie zauważając. Aczkolwiek, kiedy wybrzmiały nieodzowne bisy, przy wtórze owacyjnie reagującej publiczności w reakcji na wspomnieniowy repertuar i kiedy muzycy w końcu zeszli już definitywnie ze sceny, to żal pozostał, że nie grali jeszcze.

 

 

Galeria