Soulowe serce, soulowa dusza

Soulowe serce, soulowa dusza

Kategoria: Muzyka

Autor: Magdalena Brylowska

Data publikacji: 2013-11-07

A a

To był wieczór pełen soulowych uniesień. W chłodny listopadowy wieczór w Kinie Apollo Ania Szarmach i Frank McComb zadbali o to, by zła aura pogodowa nie wpłynęła negatywnie na samopoczucie poznaniaków – rozgrzali ich serca i dusze.

Wczorajsze wnętrze Kina Apollo przypominało scenę z Polskiej Kroniki Filmowej – tłum ludzi stojących w kolejce i czekających za…. nie, nie za kolejnym rzutem towaru na półki, tylko za dużą dawką dobrej muzyki i pozytywnej energii. Artyści nie zawiedli publiczności i dali im to, na co tak gorliwie czekali.

Ten wieczór był niezwykły z kilku powodów, głównym było oczywiście spotkanie Ani Szarmach i Franka McComba na jednej scenie, drugim -wśród publiczności byli rodzice wokalistki, co było dodatkowym motorem napędzającym ją by dać z siebie 110%.  

Pierwsza część koncertu należała do wokalistki, która wraz z zespołem w składzie Piotr Żaczek - gitara basowa, Robert Luty - perkusja, Grzegorz Jabłoński - instrumenty klawiszowe, Damian  Kurasz - gitara, Maciej Kociński - saksofon i Jakub Waszczeniuk - trąbka, wykonała utwory ze swoich solowych płyt. Wokalnie wspierały ją Kasia Dereń i Irena Kijewska.

Na scenie Ania tryskała energią i starała się nią zarazić publiczność. W przerwach pomiędzy utworami opowiadała o swojej życiowej filozofii, muzyce, życiu oraz o tym, dzięki komu i dzięki czemu stoi na ma tej scenie. Wprowadziła tym samy rodzinną atmosferę, i każdy chyba czuł się jakby znał Anię od lat i chłonął wszystko, co chciała przekazać. Muzycznie było jeszcze piękniej. Sharmi pokazała ogromną klasę i umiejętności. Jest bez wątpienia jedną z najlepiej śpiewających wokalistek w tym kraju, w pełni świadomą, jaką muzykę chce wykonywać, nastawioną na jakość a nie ilość, co jest w tych czasach niezbyt popularnym zjawiskiem. Podczas koncertu można było usłyszeć zarówno energetyczne piosenki, podczas których nogi same rwały się do tańca, oraz nastrojowe ballady, w których głos Ani brzmiał zniewalająco. Uważam, ze jej głos jest stworzony do śpiewania właśnie tych drugich, przejmujących i nastrojowych utworów.

Druga część koncertu należała do Franka McComba, któremu towarzyszyli Piotr Żaczek i Robert Luty. Mini koncert artysty stylistycznie różnił się od pierwszej części wieczoru. W tej części główna rola przypadła nie śpiewowi, tylko muzyce. Momentami można było odnieść wrażenie, że artyści urządzili sobie na scenie prawdziwe jam session, rodem z zadymionej knajpki pełnej muzycznych fanatyków. McComb prezentował zarówno własne utwory jak i covery innych artystów, które zostały mocno przearanżowane. Grając cały czas żartował i wychwalał gust polskiej publiczności.

Choć trudno wartościować w momencie, gdy mamy do czynienia z dwójką tak odmiennych artystów, z tak różnym doświadczeniem, to nie potrafię się powstrzymać. To nie Frank McComb był gwiazdą tego koncertu, tylko Ania Szarmach. Skradła wszystkim serca, nie dość, że zjawiskowo śpiewała, to jeszcze pięknie wyglądała. Podczas koncertu siedział obok mnie Holender, który trafił na ten koncert zupełnie przypadkiem. Chciał pójść do kina, ale okazało się, że dziś jest koncert i niestety żadnego filmu nie obejrzy. Uznał, że może to być ciekawe doświadczenie uczestniczyć w koncercie polskiej wokalistki i kupił bilet. Podczas koncertu nie mógł wyjść spod wrażenia jej głosu i sposobu, w jaki śpiewa, do tego uznał, że z takim wyglądem powinna być baleriną. Ten koncert był zdecydowanie wielkim sukcesem Ani Szarmach i mam nadzieję, że takich koncertów, podczas których liczy się radość ze śpiewania i przepływ dobrej energii będzie tej jesieni więcej.