The Last Ship - najnowszy studyjny album Stinga-recenzja

The Last Ship - najnowszy studyjny album Stinga-recenzja

Kategoria: Muzyka

Autor: Tomasz Katolik

Data publikacji: 2013-10-12

A a

Czym „zasłużył” sobie Sting (Gordon Sumner) na status jednego z niepodważalnych autorytetów w historii muzyki rozrywkowej? Odpowiedź jest chyba prosta - złożył się na to niewątpliwy sukces artystyczny przy jednoczesnym sukcesie komercyjnym, czyli osiągnięcie, które jest udziałem stosunkowo niewielu. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że Sting nie jest typem nowatora czy eksperymentatora. W czasach kiedy rozpoczynał, jako wokalista, basista oraz dostarczyciel większej części materiału grupy Police powyższy sąd mógłby budzić wątpliwości. Muzyka grupy Police brzmiała bowiem jak na ówczesne czasy (koniec lat 70-tych) nowocześnie i oryginalnie. Słuchacz oczywiście rozpoznawał, że wpisywali się Policjanci w modny wówczas nurt nowofalowy ze szczyptą energii punkowej. Dodatkowo stała obecność rytmów reggae i inwencja melodyczna Stinga dawały ciekawy efekt. Ktoś mógłby powiedzieć, z drugiej strony, że są to jednak konwencjonalne piosenki. Otóż tajemnica ich  efektownego brzmienia leżała w ich aranżacji: wokalu Stinga często w wysokim rejestrze oraz  grze Andy Summersa na gitarze – z użyciem pogłosu, oszczędnej, ale przykuwającej uwagę. Dochodzi do tego praca sekcji rytmicznej – basowanie Stinga i perkusja Stewarta Copelanda gęste i energetyczne. Muzyka Police brzmiała wówczas jak wcielenie wyrafinowanej rockowej prostoty, czyli wpisywała się idealnie w muzycznego „ducha” ówczesnych czasów i gustów. Odbiorca chcąc nie chcąc zadawał sobie pytanie, czy oto nie nadchodzi jeden z ważniejszych przedstawicieli „nowego”. No cóż, takie były czasy, że zasłużone dinozaury odchodziły na emeryturę (niektórzy twierdzą, że przedwczesną) i ktoś musiał ich zastąpić. Wśród licznych singlowych sukcesów grupy Police i nielicznych płytowych (tylko pięć albumów),, nie wolno nie wymienić, jak twierdzi wielu, ich największego osiągnięcia, albumu; „Synchronicity” wydanego w 1983 r., prezentującego dojrzały styl formacji.

Muzycy Police rozstali się po nagraniu owego bestsellera, w pełni sukcesu i jak się wydaje w atmosferze podszytej konfliktem. Mógł wiec Sting poświęcić się karierze solowej mając już na starcie status supergwiazdy trwale zapisanej w pamięci odbiorców i realizując wyłącznie swoje idee. Jako jedna z trzech osobowości tworzących Police pracował wspólnie nad wykreowaniem określonego brzmienia. Jako samodzielny twórca mógł już skoncentrować się na tworzeniu autorskich piosenek. No i jak wiemy wystarczyło mu talentu, aby nie zawieść. Sting czerpie inspiracje z wielu źródeł – w jego utworach są obecne brzmienia jazzowe, reggae, bossa nova, muzyka klasyczna, New Age, soul, gospel czy country. Nie pragnie, jak sam powiedział „odświeżać” któregoś z tych gatunków – są one dla niego tylko tworzywem do komponowania. Nie chce być zaszufladkowany.

Główną ambicją Stinga, jak podkreśla w wywiadach, było dążenie do tego, aby stać się „muzykiem z prawdziwego zdarzenia”, nie zabiegając o gwiazdorstwo. Sting jako młodzieniec bywał na koncertach Jimiego Hendrixa, czy grupy Cream, stąd wzięły się jego marzenia o zostaniu muzykiem. Niebagatelnym bodźcem jaki wywarł inspirującą role w jego drodze życiowej, była chęć wyrwania się z robotniczego środowiska Newcastle w jakim wzrastał.. Sting, jako muzyczny samouk (nauczył się grać na basie i gitarze) zaczął terminować w pierwszej połowie lat 70-tych w jazz-rockowych grupach Newcastle. Jedna z nich Last Exit,

została zapamiętana głównie dlatego, że był jej założycielem. Można powiedzieć, że przy szerokim spektrum inspiracji jakie mają wpływ na muzykę Stinga, najważniejszą jest jazz. Wczesne albumy, w tym chyba najbardziej udany debiutancki : „The Dream of the Blue Turtles”,

choć podporządkowane popowej produkcji są pełne brzmień jazzowych. Dzieje się tak za sprawą jazzowych znakomitości, które przyjęły zaproszenie Stinga do realizacji  tych nagrań.(m.in. Branford Marsalis, Kenny Kirkland, Darryl Jones, Omar Hakim). Kolejne odsłony talentu Stinga były w dalszym ciągu  sukcesami, o czym świadczą wysokie pozycje sprzedaży.

Wydana w 2006 r. płyta „Songs from the Labyrinth” choć muzycznie bardzo ciekawa (inspirowana renesansowymi kompozycjami na lutnię) była już na dalszym miejscu. Czy szczyt komercyjnego sukcesu ma Sting już za sobą? Na szczęście nie ma to znaczenia dla słuchacza, ponieważ muzyka, którą proponuje wcale nie jest przez to gorsza, a może nawet lepsza. Potwierdza to najnowszy album muzyka „The Last Ship”,


wydany we wrześniu tego roku przez Universal Music Polska. Wypełniają go refleksyjne kompozycje o spokojnej, pięknej melodyce. Słucha się tych melodii tak, jakby się je już gdzieś słyszało, być może, że to przez ich zakotwiczoną w szeroko pojętej tradycji muzycznej Wysp Brytyjskich, formę. To nie zarzut, wszystko bowiem brzmi przekonywująco i prawdziwie: a to inspiracja jazzowa, a to ballada folkowa, a to bardziej chropawa jakby żeglarska pieśń i co mnie osobiście cieszy, brak tego popowego sznytu tak często obecnego we wcześniejszych dokonaniach Stinga. Dominują oszczędne aranżacje pełne akustycznych brzmień, które choć pełne smaku, stanowią jednak tylko tło dla głosu artysty poruszającego w tekstach tematykę społeczną oraz relacji międzyludzkich na tle upadku stoczni w rodzinnym Newcastle. Album jest zapowiedzią musicalu o tym samym tytule, którego premiera odbędzie się w przyszłym roku. Wśród gości zaproszonych do udziału w nagraniach znaleźli się  Jimmy Nail, The Unthanks, The Wilson Family, Kathryn Tickell, ale co najciekawsze najbardziej znany Brian Johnson z AC/DC. Możemy go usłyszeć na rozszerzonym wydaniu deluxe w stoczniowej pieśni : „Shipyard” Obecność tych twórców nie jest przypadkowa, jest bowiem wyrazem solidarności i wspólnego pochodzenia – z północno- wschodniej Anglii. Podsumowując, Sting stworzył album wciągający, z pewną ilością folkowych tradycyjnych brzmień, trochę z nutą goryczy i smutku, ale piękny.