6. piętro na parterze Teatru Wielkiego

6. piętro na parterze Teatru Wielkiego

Kategoria: Teatr

Autor: Magdalena Kopeć

Data publikacji: 2017-05-23

A a

miosc''I choć miewa tyle znaczeń, nie słyszałem by skończyło się inaczej'' – jedno z pierwszych zdań wypowiedzianych na scenie przez Andrzeja Poniedzielskiego było zapowiedzą dalszych aforyzmów o życiu, za każdym razem równie zabawnych.

Miłość w Saybrook Woody'ego Allena w polskiej interpretacji Eugeniusza Korina zagościła na poznańskich deskach Teatru Wielkiego. Dosłownie zagościła, bo aktorzy 6. piętra przyjechali ze sztuką wprost z Warszawy wystawiając ją jedynie 2 razy. Do stolicy Wielkopolski ściągnęła prawdziwa aktorska śmietanka – Sonia Bohosiewicz, Barbara Kurdej-Szatan, Joanna Liszowska, Szymon Bobrowski, Marcin Perchuć, Andrzej Poniedzielski i Wiktor Zborowski.

Woody Allen jest reżyserem, którego albo się kocha, albo wręcz przeciwnie. Rzadko zdarza się, aby widz był obojętny na jego dorobek. W Miłości w Saybrook, tak jak i w innych dziełach, autor przedstawia dosyć banalny wątek w bardzo nietypowej formie. Sztuka opowiada, po prostu, uogólniając, o miłości i o zdradzie. Sama tematyka, przekaz i puenta gubiły się w przewrotnym mieszaniu przeróżnych gatunków i stylów teatralnych. Momentami wydawało się, że treść nie jest tak istotna jak forma – reżyser połączył zarówno elementy musicalu, dramatu, komedii, czy czarnej komedii z niewybrednym humorem. Posłużył się także ciekawym zabiegiem wprowadzając na scenę pisarza oraz ożywiając postaci z jego książki, które postanowiły na własną odpowiedzialność dopisać zakończenie melodramatycznej fabuły. Całość nieustannie i delikatnie męcząco skupiała się wokół seksu, jednak na szczęście skończyło się na słowach. To one często wiodły prym w akcji – żarty, gierki słowne, parafrazy znanych aforyzmów i zabawy językowe dodawały scenicznego animuszu. Dodatkowo popisy wokalne Joanny Liszowskiej sprawiały wrażenie, że słucha się całkiem dobrego koncertu charyzmatycznej wokalistki. Wszystkie piosenki, które wykonała dotyczyły tytułowej miłości – nie obyło się zatem bez All you need is love Beatlesów, czy słynnej Love me tender Presleya.

Pomimo monotematyczności sztuki publiczność często wybuchała salwami śmiechu w odpowiedzi na wartkie dialogi czy komiczne monologi, a na koniec pełna po brzegi sala oklaskiwała na stojąco siedmioro bohaterów scenicznych.