Truciciel - z (czarnym) humorem o śmierci - relacja ze spektaklu

Truciciel - z (czarnym) humorem o śmierci - relacja ze spektaklu

Kategoria: Teatr

Autor: Patrycja Szczerbal

Data publikacji: 2016-06-07

A a

O śmierci z ironią, o samobójstwie z przymrużeniem oka i o miłości do grobowej deski… ale czy na pewno? „Truciciel”, bo o nim tu mowa, jest spektaklem opartym na tekście Erica Chappella, jednego z najbardziej znanych brytyjskich komediopisarzy, którego dramaty wprost obfitują w sceny pełne absurdów i nieporozumień, czego nie brakuje też podczas dwugodzinnego spektaklu wyreżyserowanego przez Cezarego Żaka.

Pierwsza scena zapowiada dość ponury rozwój zdarzeń: w domu Celii i Waltera Bryce zjawia się nieznajomy mężczyzna ubrany na czarno, z podejrzaną skórzaną torbą w ręku. Po krótkiej wymianie zdań z nerwowo reagującym na każde słowo Walterem dowiadujemy się, z kim mamy do czynienia. Ów nieznajomy to Vincent, w którego również wcielił się Żak, zawodowy truciciel pracujący dla dość wymownie nazywającej się firmy Exodus. Przybył on wykonać swoje kolejne zlecenie. Ot, taka praca. Nie od razu jednak dowiadujemy się, kto ma być celem jego wizyty. Sam Vincent, choć głoszący ostrożność swoją dewizą, popełnia niemal śmiertelną gafę za gafą, podając zabójczy specyfik („same naturalne składniki, żadnej chemii”) najpierw samemu Wolterowi, zanim w końcu udaje mu się ustalić, kto tak naprawdę chce skorzystać z jego usług. Dowiadujemy się więc, że to właśnie Celia, zmagająca się od lat z wielką depresją żona Waltera, chce pożegnać się z tym światem, a jej troskliwy mąż (czyżby?) chce jej ulżyć w tych cierpieniach.

 Sytuację dodatkowo zaczynają komplikować kolejne postaci pojawiające się na scenie. Niemal od samego początku widzimy Angie, młodą asystentkę Waltera, która dość  żywiołowo i z zaskakującym zaangażowaniem wspiera Celię w jej ostatecznym przedsięwzięciu. Następnie pojawia się Withers, pracownik telefonu zaufania, który, jak się wkrótce okazuje, sam potrzebuje pomocy a jego motto życiowe „Świat jest piękny” obraca się przeciwko niemu.

W tym momencie zaczyna się więc seria nieporozumień i dość niedorzecznych omyłek. Kieliszki z trucizną zaczynają wędrować od jednego domownika do drugiego, a i tak cierpi na tym sztuczny kwiat w domu państwa Bryce, dzielnie chłonąc kolejne mililitry trucizny, tym samym wywołując salwy śmiechu na widowni. Wydaje się jednak, że tych absurdów jest momentami za dużo, a cała historia sprowadza się do kłótni o to, jak umrzeć i czy w ogóle umierać. Z czasem staje się też zbyt przewidywalna i chaotyczna. Aktorsko zdecydowanie najlepiej radzą sobie Cezary Żak w tytułowej roli oraz Mirosław Kropielnicki grający Waltera, nieco pogubionego i bardzo niezdecydowanego literata, miotającego się między decyzją pozostania z cierpiącą (i dość zamożną) żoną, a rozpoczęciem nowego życia z młodą kochanką. Gorzej wypada Karolina Gorczyca grająca Angie, której ani rola, ani postać nie są zbyt przekonujące.

Spektakl jest momentami nierówny i brak mu czasem wyrazistości, nie zmienia to jednak faktu, że jest całkiem dobrą rozrywką na upalny wieczór, po której wyjdziemy w znacznie lepszych humorach.