Weekend z R(o-z-czarowaniem)

Weekend z R(o-z-czarowaniem)

Kategoria: Teatr

Autor: Emilia Teofila Nowak

Data publikacji: 2015-05-06

A a

 

Na zaproszenie Agencji Gruv Art w poniedziałek 27 kwietnia br. w Teatrze Wielkim w Poznaniu mogliśmy obejrzeć spektakl "Weekend z R." Robina Hawdona w reżyserii Krystyny Jandy.

Jak powiedział Richard Gere w „Pretty Woman”, operę albo się kocha, albo nienawidzi. Wielka szkoda, że z teatrem nie jest tak samo. Moje odczucia względem Weekendu z R autorstwa Robina Hawdona, byłyby mniej ambiwalentne. Po obejrzeniu sztuki nie jestem w stanie tak naprawdę orzec, czy warto się na nią udać, czy też nie. Wiem jedno: gej na scenie zawsze śmieszy.

Fabuła opierała się na komedii pomyłek i niedomówień. Clarice chciała spędzić weekend ze swoim włoskim kochankiem, Robertem, a przy okazji dzięki pomocy dekoratora wnętrz, Rodneya, odświeżyć wnętrze domu. Wszystko to pod nieobecność męża, Rogera, który miał wyjechać na delegację, a tak naprawdę spotkać się z najlepszą przyjaciółką żony, Daisie, jako że dwójkę tę łączył płomienny romans. Plany jednak biorą w łeb przez jedną podsłuchaną rozmowę telefoniczną, a na scenę pod koniec pierwszego aktu wkracza nawet gburowaty oraz arogancki mąż Daisie.

Jako że na scenie jedną z najczęściej pojawiających się postaci był Cezary Żak odgrywający postać Rogera, pana domu, a całe przedstawienie było raczej błahe, bo człowiek z inteligencją ratlerka już dawno zrozumiałby, że małżonkowie się zdradzają, a bohaterowie jednak nie, czułam się jakbym oglądała maraton „Miodowych lat”. Rola Żaka niewiele różniła się od tej, którą przyszło mu prezentować w popularnym polsatowskim sitcomie. Dlatego, choć popisał się swoim niebywałym talentem i kunsztem aktorskim, nie miał pola do popisu, by pokazać, na co naprawdę go stać. Z tego powodu doradzam obejrzenie któregoś z odcinków „Rancza”, bo jako wójt/pleban Żak jest naprawdę o wiele bardziej frapujący i zapewni z pewnością więcej rozrywki. Krystyna Janda zaś, odtwórczyni głównej roli, czyli Clarice, bladła przy swoim mężu. O tyle to przykre, że sztuka została napisana specjalnie dla niej. Niestety, wybitna aktorka podczas spektaklu, który oglądałam, raczej nie była w formie. Dużo wrzasków oraz powtarzanego niezliczoną ilość zawołań „o Jezu”, tudzież „o Boże”, zupełnie mnie do gry teatralnej Jandy nie przekonało. Warto wspomnieć jeszcze chyba tylko o postaci Roberta, czyli charyzmatycznego, nonszalanckiego Włocha, granego przez Piotra Borowskiego. Występ aktora był lekki, jego dykcja nienaganna, a ruchy sceniczne pełne ekspresji, acz odpowiednio stonowane, nie tak ciężkie lub dramatycznie przerysowane jak u reszty obsady. Rozumiem, że miało to dodać komedii wesołości, ale albo jestem zbyt wytrawnym widzem, albo po prostu głupim. Jedno z dwóch.

Śmiesznie było, to prawda, ale na początku. Później już tylko pozostało przewracanie oczami i zastanawianie się, czemu widownia trzęsie się ze śmiechu. Może z nudów? Liczyłam, że w drugiej połowie spektaklu zmieni się chociaż scenografia, ale nie. Najgorsze było chyba to, że oprócz delikatnie naszkicowanego humoru rodem z Wysp Brytyjskich, przeważało raczej prymitywne natrząsanie się z gejostwa. Projektant wnętrz, Rodney, był homoseksualny i chyba jego przerysowane zachowanie wzbudzało największe salwy śmiechu u publiczności.

Uważam, że jeśli ktoś szuka niewybrednej rozrywki, może odwiedzić teatr i obejrzeć „Weekend z R”. Sama oczarowana jednak nie byłam, lecz ludzie wokół mnie zdawali się mieć inne odczucia. Cóż, opinia – kwestią jak najbardziej subiektywną. Ale jeśli ktoś chce obejrzeć pantalony, w których paraduje po scenie Krystyna Janda – polecam, bez wątpienia!